| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków


Napisz do mnie: artur.kielbasinski@agora.pl


RSS


RSS
wtorek, 07 czerwca 2011
Deregulacji cz. 2 niczym pudrowanie trądziku

A jednak idzie do przodu. Gdy media alarmowały kilka tygodni temu, że biurokraci zablokowali pakiet zmian w prawie wydawało się, że sytuacja jest beznadziejna.

http://wyborcza.biz/biznes/1,100969,9418329,_Puls_Biznesu___Biurokraci_blokuja_reforme_Pawlaka.html

Na szczęście, udało się. Rząd przyjął założenia do ustawy, a w nich zmiany. Zaległe urlopy wykorzystać do 31 lipca, deklarację na podatek od nieruchomości można złożyć do 31 stycznia, szybsze przedawnienie składek ZUS (z 10 do 5 lat) i sporo innych zmian. Mniej papierów, rzadziej drukowanych, krok ku normalności.

Wszystkie zmiany:

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,9742706,Zmiany_w_prawie_wazne_dla_firm___teoretycznie_ma_byc.html

Ale to za mało. Te zmiany ułatwią działanie przedsiębiorcy, ale nie są rewolucją w działalności gospodarczej. To tylko „pudrowanie trądziku” a nie jego leczenie.

Fundamentalnie w polskim prawie potrzebne są dwie wielkie zmiany.

Po pierwsze, mniej kontroli i mniej instytucji kontrolnych. Mniej ustaleń między resortami, mniej papierów w obiegu, mniej osób mogących wejść do firmy. Jasne procedury, kiedy kontrola może ruszyć, kiedy ma się skończyć. Elastyczność w nakładaniu kar, zamiast działań z pogranicza absurdu takich jak opisany tu system:

http://biurokracja.blox.pl/2011/03/10-tysiecy-bo-tak-musi-byc.html

Po drugie, mniej zezwoleń i koncesji. Większa swoboda w podejmowaniu działalności w różnych, dziś „koncesjonowanych” branżach. Zezwolenie powinno być wyjątkiem od reguły. Tymczasem nikt nie jest w stanie policzyć, ile w Polsce obowiązuje typów koncesji i zezwoleń.

Więc dobrze, że będzie mniej papierów, że będzie łatwiej. Ale to dopiero początek, a nie koniec zmian. Uda się?



poniedziałek, 06 czerwca 2011
Miejsce kąpielisko-podobne, czyli czemu jest mniej tradycyjnych kąpielisk

Już wiadomo, będzie mniej kąpielisk. Dużo mniej. W porównaniu z ubiegłym rokiem ich liczba zmniejszy się o jakieś 70 proc. A wszystko przez nowe przepisy.

Miłośników pluskania się w wodzie chcę jednak uspokoić. Kąpielisk będzie mniej, ale ich drastyczny ubytek zrekompensuje przyrost „miejsc przeznaczonych do kąpieli”. Czym jest takie miejsce? To nic innego jak „odbiurokratyzowane” kąpielisko. Bo KĄPIELISKO jest sprawą poważną. Jak skrupulatnie wyliczyli organizatorzy kąpielisk, muszą oni uzgodnić swoje przedsięwzięcie z tuzinem instytucji i służb. Bo przepisy określają precyzyjnie, co, gdzie, jak. A samo zgłoszenie dotyczące czystości wody ma jakieś 150 stron...

Więc każdy, kto może „ucieka od kąpieliska”. Gminy, miasta, instytucje wybierają miejsca kąpielisko-podobne. Bo jest łatwiej, taniej, szybciej. Ciekawe, czy będzie bezpieczniej. Bo dziwniej - z całą pewnością już jest.

A jak chciałbym, aby było?

Przepisy powinny zawierać minimalne wymogi. Minimalne, czyli jakość wody, ratownicy (godziny pracy, ilość ratowników na liczbę kąpiących), ilość punktów sanitarnych. Jak nie ma ratowników - sposób oznaczania, że ich nie ma i ostrzeżenie, że zanurzanie się w wodzie dozwolone, ale nie wskazane...

Koniec, kropka. Kto dołoży więcej - jego wydatki, ale też lepsza opinia i szansa na profity. Nikt nie da mniej, bo to minimum. Bez cyrków, bez biurokracji. Normalnie.

Miłego pływania...

poniedziałek, 30 maja 2011
Walka z biurokracją przez wzmocnienie biurokracji

Rząd zajmie się we wtorek 31 maja projektami związanymi ze zwalczaniem patologii w administracji.

Proponowane zapisy mozna podzielić na 2 części. Pierwsza to przepisy zwalczające nepotyzm i przyczyniające się do przejrzystości działań administracji (więcej oświadczeń majątkowych, ściślejszy zakaz łączenie funkcji urzędnika i np. członka rady nadzorczej).

Do poczytania: http://www.rp.pl/artykul/508499,665842_Urzednicy_wskaza_krewnych_w_administracji.html

Druga grupa to kwestie związane z lobbingiem, nadzorem nad lobbystami, i krótko mówiąc tym, aby politycy nie spotykali się z szemranymi typami na stacjach benzynowych i na cmentarzach, a jeśli już się spotykają, aby takie spotkanie było dokładnie opisane.

http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/518575,rzad_ma_problem_z_ustawa_lobbingowa.html

Tradycyjnie już - oba projekty słuszne ideologicznie, ale oba ocierające się o śmieszność. Nie będę rozwodził się nad szczegółami. Pobawię się raczej w listę TOP 3 rzeczy, które bawią najbardziej.

1. Wiara w poczucie wstydu. W urzędach trzeba będzie ujawniać fakt, czy przy sąsiednim biurku pracuje ktoś z rodziny. Pomijam wąskie uregulowanie (wbrew pozorom - szwagier to nie krewny, tylko powinowaty). Ale bawi mnie uzasadnienie. Fakt ujawnienia wspólnej pracy ma skutkować tym, że ktoś się pohamuje i zawstydzi... Tu się rozbawiłem. Już widzę, jak politycy PSL płoną ze wstydu, gdy ujawni się, kto z ich bliskich pracuje w administracji. Widzę raczej tą dumę - że ma się w rodzinie najlepszego fachowca, który zasługuje na taką dobrą pracę. Zresztą, po przemyśleniu wycofuję się z pewnej tezy. Tu nie chodzi o PSL, tzn. nie tylko o PSL...

2. Zakazy działalności gospodarczej. Administracja jak ognia boi się ludzi prowadzących działalnoś gospodarczą. Czemu? Bo mogą łączyć korzyści itd. itp. A ja uważam, że człowiek, który nie zetkną się z biurokracją jako petent, jako przedsiębiorca, nie ma pojęcia o życiu i pracy urzędu. Rzecz nie w zakazach. Rzecz w unikaniu konfliktu interesu, rzecz w nadzorze, rzecz w jasnych procedurach. W Polsce, jak zwykle, wygrywa zakaz.

3. Dzielenie lobbystów - na zawodowych i nie zawodowych. Znowu pułapka polskiej biurokracji - trzeba opisać i nadać łatkę. I kontrolować tych zapisanych i legalnych (czytaj - frajerów). W jednym z projektów zapisano, że spis lobbystów ma prowadzić CBA. To może od razu zapisać - prewencyjne zatrzymania oficjalnych lobbystów co 2 miesiące? Czemu się czepiam? Bo nie jest problemem oficjalny nacisk na władze, przedstawianie swoich racji przy otwartej kurtynie. Problemem jest poseł i lobbystyczny amator na cmentarzu, w pubie lub w siłowni. A z takiego spotkanie żaden raport nie powstanie.

Wszystkei te bzdurki mają jedną cechę wspólną. Wiarę w zapis ustawy, w jakiś wstyd, w procedury policyjne. Nie tędy droga. Potrzebne jest lepsze proste prawo, przejrzyste procedury, zatrudnianie fachowców. Ponownie przepraszam PSL. Pisałem poważnie...

poniedziałek, 23 maja 2011
Poseł kontra urzędnik, czyli odpowiedzialność i proporcje

Cieszycie się, że urzędnik zapłaci 12-krotność pensji za złamanie prawa przy wydawaniu decyzji? Osobiście cieszę się tylko trochę. Dobrze, że jest straszak na urzędnika łamiącego prawo. Ale trochę się też nie cieszę. Bo mam wrażenie, że to szukanie winnych na siłę. Taka typowa polska pokazówka...

Skąd takie obawy? No to po kolei:

1. Urzędnik realizuje uchwalone przez Sejm prawo. Równie często prawo to stworzył minister (rozporządzenia, zarządzenia), albo inny organ (np. rada miasta, czy powiatu). I urzędnik jest uzależniony od tego prawa. A jego jakość jest bardzo często - nazywajmy rzeczy po imieniu - fatalna. Mamy więc petenta, urzędnika i bardzo złe prawo. I z reguły o jakości pracy administracji decyduje ten ostatni czynnik, a nie wola, czy wiedza urzędnika, choć wielu z nich też potrafi dołożyć kłopotów "od siebie". Niestety, zamiast narzucać reguły związane z tworzeniem prawa, z zasadami uchwalania ustaw, zajmujemy się wyłącznie urzędnikami...

2. Każdy ma swojego szefa. Urzędnik też go ma i właśnie w urzędzie, jak mało gdzie indziej, jest się od tego szefa uzależnionym. Jedna opinia może zahamować świetnie rozwijającą się karierę w urzędzie... I każdy o tym wie. Dlatego przepisy powinny kierować się w stronę gwarancji choćby minimalnej niezależności urzędników. Trzeba uniezależnić ich decyzje od wizyt szefów, telefonów polityków i wszelkich nieformalnych form nacisku. A takich regulacji - po prostu brakuje.

3. Boję się, że biurokracja uodporni się na te regulacje. Zrobi to w dwojaki sposób. Po pierwsze, postępowania się wydłużą i będą dokładniejsze. W praktyce może to oznaczać paraliż części urzędów. Oczywiście, wiem, znam przepisy. Urzędnik nie będzie odpowiadał za błędną interpretację przepisów, ale za rażące naruszanie prawa. Ale znając atmosferę urzędowych korytarzy - może być kłopot z rozróżnianiem tych sytuacji. W efekcie, strach i tak będzie wielki. Druga metoda "uodporniania się" to... polisy OC dla urzędników. Ciekawe w ilu urzędach za składki na OC zapłaci się z... publicznych pieniędzy.

4. Marzy mi się, aby za złą pracę urzędu "płacił" jego szef. Nawet nie tyle pieniędzmi co głową. Kara eksterminacyjna - usunięcie w niesławie z danego urzędu i całej administracji. Niestety, za często szef jest mocno umocowany politycznie lub towarzysko. Szans na realna karę nie ma.

5. Ważniejsza niż odpowiedzialność urzędników, wydaje mi się odpowiedzialność prokuratorów i sędziów za to co robią. Niestety, Sejm nie miał takiego poczucia. A szkoda...

6. Ocena urzędnika powinna odbywać się wg innych kryteriów. Marzy mi się rozliczanie wg uchylonych decyzji (przez inne urzędy i sądy administracyjne). Wydawane decyzje "bronią się" przy odwołaniach - nagradzać. Decyzje są uchylane - urzędnika przesuwac do innej pracy, lub usuwać z pracy. Nawet jeśli po prostu "nie radzi sobie", choćby "rażąco nie naruszał prawa".

7. A skoro o rażącym naruszaniu prawa już mowa. Jeśli wydając decyzję ktoś celowo łamie prawo powinien usłyszeć zarzuty karne. A po udowodnieniu winy i prawomocnym skazaniu odpowiadać proporcjonalnie do stopnia swojej winy. W skrajnych przypadkach - nawet całym swoim majątkiem.

I na koniec - pora na tytułowego posła. Ministerstwo Obrony Narodowej regularnie płaci odszkodowania za tzw. raport Macierewicza z likwidacji WSI. Procesy sądowe wytaczane przez opisane w raporcie osoby Skarb Państwa i MON przegrywają. Odszkodowania - to solidne pieniądze. Czy płaci je autor raportu? Nie. Bo jest posłem? Bo był z politycznego nadania? Nie wiem. Wiem, że płaci MON...

W tej sytuacji czepianie się szeregowych urzędników wydaje mi się niemal niesmaczne. Ot, zwykła polska nierówność wobec prawa.

poniedziałek, 16 maja 2011
Co jest najważniejsze w biznesie? Płacić podatki...

 

Za 50 zł zaległości podatkowych "odpowiednie służby" mogą zamknąć Ci firmę... Fikcja? Absurdalne straszenie fiskusem? Niestety, nie. Jest w Polsce taka branża, gdzie opłacanie podatków, składek ZUS i świadczeń na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych jest pierwszym warunkiem prowadzenia działalności gospodarczej.

Na rynku niemal normą jest zaleganie z jakimiś świadczeniami. Z reguły po ich opłaceniu z odsetkami - sprawę uważa się niemal za niebyłą. No, można dostać karę finansową, ale z reguły nikt nie wpada na pomysł, aby pierwszym krokiem było zamknięcie firmy.

A jednak...

Zadziwiające regulacje dotyczą... Aż trudno uwierzyć. Nie chodzi o sektor paliwowy, ani energetyczny. Nie dotyczy to producentów broni, ani farmaceutyków. Nie chodzi o handlujących alkoholem. Chodzi o... agencje pośrednictwa pracy i firmy o podobnym profilu działalności (np. rekrutacyjne, doradztwa personalnego).

W ustawie regulującej ich działalność opłacanie danin państwowych wpisano jako pierwszy warunek zezwolenia na prowadzenie działalności. I nie jest to pusty zapis. Jeśli w chwili kontroli doradztwo personalne ma np. 80 zł zaległości z tytułu składek na Fundusz Pracy, to... firma zostanie zamknięta. Nie ma tu mowy o czyjejś winie, czy złej woli - liczy się fakt istnienia zaległości. A firma może zostać zamknięta nawet na 3 lata. Ponury żart? Niestety, nie. To tylko polskie prawo.

Nie wiem, czemu takimi przepisami uraczono tą właśnie branżę. Wiem tylko, że ociera się to o absurd. Chory, niepotrzebny przepis. Oderwany od życia, oderwany od realiów. Czy ktoś, komu nie płaci współpracująca firma i znalazł się w trudnej sytuacji finansowej nie może nadal świetnie wykonywać swojej pracy? Może i zapewne to robi. Ale jeszcze ważniejsze jest, aby płacił podatki...



piątek, 13 maja 2011
Metryczka, która sparaliżuje urzędy

 W Sejmie trwają prace nad tzw. metryczkami administracyjnymi. Cel szczytny - ma być jasne, który urzędnik, kiedy zajmował się daną sprawą. Cel - szybsze załatwianie spraw i możliwość szybszego weryfikowania - kto personalnie w danej sytuacji „zawalił”. A „zawalający” ma być karany, nawet finansowo - w skrajnych przypadkach straci roczną pensję.

Do poczytania tu:
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,9589398,_PB___Metryczka_wskaze_zlego_urzednika.html

Przełom w administracji?

Zdecydowanie nie. Raczej zapowiedź przyszłej katastrofy.

Sprawa metryczek i odpowiedzialności urzędnika wygląda dobrze tylko w teorii. Bo w praktyce metryczki będą miały zupełnie inny wpływ na działania administracji.

1. Urzędnik zacznie szukać „podkładek”, dodatkowych opinii, poczuje potrzebę niepotrzebnych uzgodnień. Będzie świętszy od papieża, gdyż zagrożony będzie jego osobisty, finansowy interes. W efekcie - proste sprawy będą załatwiane dłużej, niby dokładniej, a w praktyce - poziom „przestrzegania przepisów” może sparaliżować administrację.

2. Zapowiedź karania urzędnika może sprawić, że lepiej będzie odkładać sprawę, odsyłać papiery w inne miejsce, niż podejmować decyzje. Spychologia - naturalna cecha administracji - zyska osobiste (a więc mocne!) uzasadnienie. I nie jest to fikcja. Po ujawnieniu przed laty szeregu domniemanych nieprawidłowości w samorządzie warszawskim (część zarzutów była prawdziwa, część nie - nie to jest tu najważniejsze) nastała urzędnicza era bezradności. Nie zapadały decyzje, nie podejmowano planowanych przedsięwzięć. Panował strach przed podejmowaniem decyzji.

3. Żeby nie było wątpliwości - metryczki będą sumiennie i rzetelnie wypełniane, ich „obróbka” stanie się równie ważna, a zapewne ważniejsza, od sposobu merytorycznego załatwienia sprawy. „Metryczkologia” stanie się nauką samą w sobie... Tylko napomknę, że opisywanie metryczek będzie dodatkowym obowiązkiem urzędnika.

Czemu krytykuję pomysł, który ma ukrócić biurokrację? Bo to gaszenie ognia przez polewanie benzyną. Walka z papierologią przez dokładanie papierowych obowiązków.

Co zatem robić? Biernie czekać? Nigdy w życiu. Urzędy trzeba rozliczać, ale nie na podstawie urzędowych, wewnętrznych metryczek (które będą pięknie wypełnione), ale na podstawie... statystyk sądowych. Analizować odsetek urzędniczych decyzji uchylonych przez sądy administracyjne. Na tej podstawie rozliczać szefów urzędów. Bo urzędnik ma trzymać się procedur (najlepiej: prostych procedur), a nie wypełniać metryczki. Za urzędnika odpowiada jego szef i szef urzędu. Ten szef to często polityk - przychodzący „zarządzać”, a nie dbać o jakość pracy. I ten szef powinien odpowiadać - fotelem i kasą za błędy swojej instytucji. A czy odpowiada? Sami wiemy, że nie.

Czy zatem odpuścić szeregowym urzędnikom? Nie wtedy, gdy celowo łamią prawo, czy uprawiają prywatę. Nie wtedy, gdy biorą łapówki.

Ale zwalanie na urzędnika odpowiedzialności za źle stanowione w Sejmie prawo i za bezwład kierownictwa urzędów - to strzał kulą w płot. Urzędnik ma realizować procedurę. Szybko i sprawnie, w sposób przejrzysty. Metryczka tego nie zapewni.

wtorek, 10 maja 2011
Całkiem znośny Facebook, a więc po co ten papier

Zacząłem od Facebooka. To był pierwszy wpis na tym blogu zrodzony ze złości na Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, która zamierzała zakazać, ograniczyć, skontrolować (niepotrzebne skreślić) obecność mediów publicznych na Facebooku.

 Zainteresowanych odsyła do tego wpisu: http://biurokracja.blox.pl/2011/02/Ten-nieznosny-Facebook.html

 Rzecz ma jednak ciąg dalszy. Bo oto KRRiT sprawę Facebooka, przepraszam - „sprawę obecności na portalach społecznościowych” wreszcie załatwiła.

Stanowisko Rady sprowadza się do cytatu:

Nadawcy publiczni powinni jednak zachować kontrolę redakcyjną nad treściami upowszechnianymi w Internecie, przede wszystkim przez umieszczanie ich na własnych portalach (w tym w serwisach społecznościowych). Nie powinni odsyłać odbiorcy do umieszczonych w Internecie treści niezbędnych do zrozumienia audycji. Prezentowanie na antenie faktu obecności nadawcy na innych portalach i w serwisach społecznościowych powinno mieć charakter informacji pozbawionej cech reklamy czy też promocji samych portali bądź serwisów.

Z jednej strony popieram. Tak powinno być - wspominać, a nie promować. A jak promować to siebie, a nie serwis. Programy realizować tak, aby dodatkowe treści nie były konieczne do zrozumienia. Pełna zgoda.

Więc - po co to stanowisko? Czy menedżerowie w mediach publicznych naprawdę potrzebują takich wskazówek? Czy fakt, że trzeba promować swoje medium, a nie „obcy” serwis wymaga stanowiska szacownej Rady? Czy trzeba regulować coś, co wynika z logiki? Chyba jednak nie.

Z drugiej jednak strony mam świadomość swojego „czepiactwa”. Gdyby nasza administracja produkowała tylko takie dokumenty byłoby znakomicie. Zasypani ogólnymi wskazówkami czulibyśmy się jak ryba w wodzie. Przepis, zapis, stanowisko zupełnie niegroźny.

Ogłośmy zatem wszem i wobec: FB i media publiczne w Polsce nie są w stanie wojny. Uffff...



czwartek, 05 maja 2011
Dokument za 500 zł i sprawiedliwość po latach

Skarb Państwa będzie miał kłopot - ku mojej nieskrywanej radości. Nie, nie cieszę się z kłopotów państwa, nie cieszy mnie kolejny wydatek z budżetu. A jednak...

Sprawa zaczęła się w 2003 r., gdy rząd uznał, że za tzw. kartę pojazdu trzeba zapłacić 500 zł. Opłata nijak się miała do kosztów wydania książeczki przypisanej do samochodu. Bo nie o koszty druku tu chodziło. Otóż polscy biurokraci wymyślili sobie, że cena karty pojazdy będzie barierą przed napływem starych, powypadkowych samochodów, głównie z Niemiec.

Od początku zatem zakładano, że świstek papieru (a dokładnie - kilka świstków połączonych w mini-książeczkę) z powodu absurdalnie wygórowanej ceny ma stanowić barierę, przeszkodę dla obywatela, czy firmy.

Na szczęście temu absurdowi kres położył Trybunał Konstytucyjny, który na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich, uznał, że nie można stosować takich zabiegów z nierzetelnie ustalona ceną dokumentu. Efekt - do starostw zgłosiła się rzesza pokrzywdzonych. Każdy dostał 425 zł, bo o tyle zawyżona była cena dokumentu.

A dziś starostwa, które oddały obywatelom gigantyczne kwoty, szykują się do pozwu zbiorowego przeciwko Skarbowi Państwa, bo to on stworzył chore przepisy. I dlatego czekam na ten pozew jak na żaden inny. Bo nie chodzi tu teraz o miliony które trzeba było zwrócić obywatelom. Teraz chodzi o pokazanie, że biurokratom nie wolno wymyślić dowolnego przepisu, że prawo i bariery administracyjne muszą mieć jakiś sens. A patrząc jeszcze głębiej - chodzi o uczciwość zasad. Jeśli urzędnik boi się zalewu dróg "szrotem", to trzeba prowadzić rzetelne badania techniczne, a nbie wymyślać zaporowe ceny dokumentów. Takie to proste, a takie trudne.

Wysoki Sądzie - proszę o zasądzenie od Skarbu Państwa na rzecz powiatów wszystkiego - co do grosza. Z odsetkami!

niedziela, 17 kwietnia 2011
Skazany za oscypek, czyli dola górala

Certyfikaty, zgody, zezwolenia. Polskie przepisy są tego pełne - i w sumie zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Ot, „urok” biurokratycznego życia.

Problem zaczyna się wtedy, gdy „kwitka” z urzędu zabraknie. Bo skutki mogą przekraczać to co uważamy za normalność. Przykład biurokratycznego absurdu przyniosła ostatnio prasa lokalna. A wszystko zaczęło się od certyfikatów na produkcję oscypków. Brzmi jak absurd? Nie szkodzi. Na produkcję wyrobów regionalnych, o zastrzeżonym znaku towarowym takie certyfikaty są rzekomo konieczne. No, ale jeden z baców stosownego kwitka nie zdobył. No i został skazany za... podrabianie oscypków. Fakt, że wytwarzał je zanim biurokraci w Brukseli i Warszawie wpadli na pomysł uregulowania wszystkiego łącznie z krzywizną banana, nie ma znaczenia. Argumenty, że w rodzinie bacy wytwarzano oscypki od pokoleń, nie miał znaczenia. Nie pomógł fakt, że baca "podróbek" miał kilka i twierdził, że produkuje je na własne potrzeby. Urzędnicy oszacowali potencjalną skalę produkcji i za nią właśnie pociągnęli bacę do odpowiedzialności. Co więcej, „fałszerz” usłyszał całkiem poważny wyrok sądu. Wymiar sprawiedliwości (?) skazał go na pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata.

Można rzec - prawo jest prawem, certyfikaty trzeba mieć. Można też sprawę potraktować inaczej - jako przykład absurdalności biurokratycznych przepisów i dziwacznego stosowania prawa.

Czemu sprawę traktuję jako absurd?

1. Jeżeli oscypki mają być chronione, to nie przed ludźmi, którzy wyrabiają je od lat - tylko przed prawdziwymi fałszerzami z nizin lub gór położonych z dala od Tatr, Pienin, Beskidów. Baca z Zębu - wytwarza oscypki od lat. To jego interesy mają być chronione, a nie on ma być karany za to co robi przez całe życie.

2. Czemu baca ma występować o certyfikat? Jak urząd chce coś uporządkować to powinien sam dotrzeć do producentów, albo ich zrzeszenia. Dać producentom certyfikaty, załatwić wszystkie formalności. A certyfikat - nie na rok, ale dożywotnio. No dobrze, na 10 lat. Absurd? A niby czemu? Czemu to znowu człowiek ma być petentem w urzędzie?

3. Jakim prawem urzędnik szacuje produkcję? Znalazł X oscypków - niech ocenia sprawę na tej podstawie. A nie szacuje „na oko”, czy nawet „naukowo” skalę „fałszerstwa”.

4. Wszystko się we mnie burzy jak za takie „zbrodnie” orzeka się karę pozbawienia wolności. Choćby w zawieszeniu. Nie o to chodzi w demokracji, nie tak trzeba osiągać zakładane cele. Wolność jest nieporównywalnie ważniejsza niż certyfikat na produkcję oscypków. Nawet, gdy nadgorliwie wdraża się europejskie dyrektywy.

czwartek, 14 kwietnia 2011
Jak ułatwić, żeby utrudnić - rzecz o Poczcie Polskiej

 

W Polsce następuje podobno rewolucja. System zaświadczeń ma zostać zmieniony - wystarczy oświadczenie przedsiębiorcy lub obywatela i nie trzeba będzie dostarczać urzędowych zaświadczeń, poświadczeń, odpisów, ani innych dokumentów.

Państwo ma wierzyć obywatelowi i oświadczenie wystarczy.

Teoria piękna, ale w polskich realiach - niewykonalna. Skąd ten pesymizm? Otóż wystarczy spojrzeć jak działają oświadczenia w przypadku sprawy załatwianej za pośrednictwem Poczty Polskiej...

Aby obywatel uzyskał zwolnienie z obowiązku płacenia abonamentu RTV (przywilej przewidziany ustawą !) trzeba złożyć OŚWIADCZENIE o posiadaniu uprawnienia do zwolnienia oraz... (UWAGA !) przedstawić dokumenty potwierdzające to uprawnienie. Niemożliwe?

Proszę się wczytać w warunki opisane na oficjalnej stronie Poczty http://www.poczta-polska.pl/Uslugi/?U=RTV&R=Zwolnienia

 

  • przedstawią dokumenty uprawniające do korzystania ze zwolnienia z opłat rtv
  • przedstawią dowód osobisty oraz złożą oświadczenie o spełnieniu warunków do korzystania ze zwolnienia (pobierz oświadczenie) (konieczność składania oświadczeń dotyczy wszystkich osób zwolnionych na podstawie ustawy o opłatach abonamentowych oraz innych ustaw)

 

 

I nic z tego nie rozumiem. Skoro przedstawimy dokumenty - po co oświadczenie? Skoro składamy oświadczenie - nie powinno się wymagać dokumentów potwierdzających.

Tak przynajmniej powinno być w normalnym kraju. Jak widać w Polsce ułatwienia dla obywateli są po to by pogorszyć ich sytuację, zbudować jeszcze jedną barierę, zmusić do złożenia jeszcze jednego papierka...

Przy okazji - składanie oświadczenio-zaświadczenia na poczcie ma swoje inne uroki. Ot, choćby takie jak urzędnik, który nie chce poświadczyć faktu złożenia dokumentu - jak opowiedział mi jeden z Czytelników tego bloga. Drogi Czytelniku! To wcale nie musi być niekompetencja urzędnika. To może być przymuszenie do wysłania listu poleconego, czyli działanie na korzyść Poczty Polskiej. Proszę się nie skarżyć. Proszę to docenić...