| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków


Napisz do mnie: artur.kielbasinski@agora.pl


RSS


RSS
piątek, 02 września 2011
Stadiony, czyli czy można normalnie działać w Polsce

Media właśnie obiegła informacja o zastrzeżeniach straży pożarnej odnośnie stadionu PGE Arena w Gdańsku, który wg straży pożarnej nie może być miejscem spotkania reprezentacji Polski i Niemiec w piłce nożnej. Od razu przypomina się decyzja wojewodów mazowieckiego i wielkopolskiego o zamknięciu (nowych !) stadionów Legii i Lecha kilka miesięcy temu (ze względów "bezpieczeństwa").

Nie zamierzam pisać o kibicach. Zamierzam pisać o procedurze, której nie rozumiem. Na czym bowiem polega absurdalność sytuacji w Gdańsku. Na PGE Arenie rozegrano już dwa mecze Lechii Gdańsk. Nic się na nich nie wydarzyło złego (kibice z Gdańska mogą się ze mną nie zgodzić, bo Lechia ani razu nie wygrała...). Ale było bezpiecznie, spokojnie. Skarg na stadion nie było.

I nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy okazuje się, że straż pożarna nie chce zgodzić się na kolejny mecz na PGE Arenie. Bo dokumentacja z PZPN jest niekompletna...

A ja uważam, że niekompletne to jest, ale prawo. Strażacy i inne instytucje i służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo konsultowały projekt stadionu, uczestniczyły w procesie budowy, uczestniczyły w odbiorach technicznych i wydawaniu zgody na użytkowanie. Wtedy był czas na uwagi, zastrzeżenia i zamykanie stadionu (czy raczej - brak zgody na jego otwarcie).

Oczywiście - sytuacje są różne - ktoś rozstawia namiot, a ktoś nie. Ale to trzeba było przewidzieć wcześniej i opisać na etapie projektowania - co, gdzie, jak rozstawiać, aby było bezpiecznie.

Nie może być tak, że na nowym obiekcie co kilka tygodni rozgrywa się show - można grać, czy nie można. Tak jest teraz w Gdańsku. Tak było w Poznaniu i Warszawie, gdzie rozegrano szereg meczów, a potem stadiony zamknięto ze względów bezpieczeństwa. Albo stadion się nadaje do organizacji imprez, albo nie. Organizator imprezy powinien z góry znać warunki organizacji imprezy i realizować je, a nie każdorazowo zabiegać o zgodę.

Wbrew pozorom nie jest to problem tylko kibiców. Procedury prawne umożliwiające takie dopuszczanie i nie dopuszczanie obiektów - nawet najnowocześniejszych - utrudniają prowadzenie działalności gospodarczej, uniemożliwiają strategiczne planowanie.

Może pora z tym skończyć?

środa, 17 sierpnia 2011
Czas to pieniądz, ale nie dla rządu

Ile może trwać decydowanie o przyłączeniu do specjalnej strefy ekonomicznej nowego terenu? Miesiącami.

Tak właśnie było w przypadku części terenów należących do Stoczni Gdańskiej. Wydawać by się mogło, że przemysł stoczniowy powinien być w miarę dobrze traktowany w naszym kraju. Do tej pory wsparcia takiego brakowało, efekty mamy - zlikwidowane stocznie w Gdyni i Szczecinie. Niestety, to wsparcie to wyłącznie pozory.

Rada Miasta Gdańska zgodę na włączenie stoczniowych terenów do strefy wyraziła w 2010 r. Stocznia planowała rozpoczęcie produkcji wież pod wiatraki we wrześniu 2011 r. Wydawać by się mogło, że czasu jest aż nadto... Niestety, nie udało się.

Ale istota sprawy polega na czymś innym, niż sam upływ czasu. Otóż zgodę na powiększenie strefy musi wydać... Rada Ministrów. Czyż takie rozwiązanie nie zakrawa na miano kpiny? Wprawdzie w carskiej Rosji car decydował nawet o rozwodach, więc i Rada Ministrów może decydować o produkcji wiatraków w strefie, ale czy o to chodzi? Można oczywiście powoływać się na przepisy unijne - o samo istnienie specjalnych stref ekonomicznych musieliśmy z UE ”walczyć”. Ale fakt, że strefy są pod specjalnym nadzorem nie oznacza, ze decyzji w imieniu i na podstawie pełnomocnictwa rządu nie może podejmować np. wojewoda. Za prosto by jednak było.

Z drugiej strony można powiedzieć, że nic wielkiego się nie stało - wszak fabryka wiatraków powstanie, a państwo zyska więcej z podatków, nie musi ponosić kosztów ulg i zwolnień. Ale to chyba nie tak - bez ulg i zwolnień firma nie będzie w stanie tak szybko inwestować, wolniej powstaną kolejne miejsca pracy. A o to właśnie w czasach kryzysu powinniśmy zadbać. Jak najszybciej...

Opis sprawy: http://biznes.trojmiasto.pl/Fabryka-wiatrakow-powstanie-bez-strefy-n50597.html

czwartek, 11 sierpnia 2011
Polskie piekło, czyli innowacje z azbestem w tle

 

 

 

 

Czasami na jednym przykładzie widać jak w Polsce tworzy się prawo, jak prawo działa, a bywa, że nie działa. Takim przykładem jest sprawa utylizacji azbestu. Nie, nie będę pisał o technologiach. Napiszę jak źle tworzy się prawo i jeszcze gorzej - to prawo realizuje.

Sprawa nie jest trywialna, problem dotyczy bowiem utylizacji azbestu, czyli rzeczy ważnej i dla ludzi i dla ekologii w ogóle.

Ale do rzeczy. Na początku ubiegłego roku uchwalono ustawę regulującą zasady gospodarki odpadami. W trakcie prac znalazły się w niej zapisy związane z utylizacją azbestu. Część naukowców związanych z ochrona środowiska protestowała. Wskazywano, że ustawa promuje jedną technologię, a wręcz że jest napisana pod jedną firmę.

 http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,7711325,Zycie_w_tumanach_azbestu__Nowa_ustawa_grozna_i_pod.html?as=1&startsz=x

  Nie sposób ocenić słuszności zarzutów. Wydaje się jednak, że nie wszystko skonsultowano wystarczająco na etapie tworzenia ustawy. A może skonsultowano, a głos zabierają tylko niezadowoleni? Trudno ocenić. Rzecz jednak w tym, że już po wejściu w życie ustawy nowa technologia, tak rzekomo „niesprawiedliwie promowana” w nowych rozwiązaniach prawnych tak naprawdę utknęła w miejscu. Utknęła w miejscu z powodu urzędników - po przeszło roku obowiązywania nowych regulacji okazało się bowiem, że nie ma rozporządzeń wykonawczych umożliwiających stosowanie tych technologii. A jednocześnie resort odpowiedzialny za ochronę środowiska... nagradza nową, nieco kontrowersyjną (a może tylko krytykowaną?) technologię. Jeśli nową technologię nagradza resort środowiska to zakładam, że wie co robi.

W efekcie mamy polskie piekiełko z prawem i azbestem w tle.

 1. Nowa technologia jest nagradzana i ma być promowana jako polskie rozwiązanie na świecie:

http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,10100915,Wspieranie_biznesu___promocja_za_granica_i_zakaz_w.html

 2. Firma, która opracowała to rozwiązanie jest poddana publicznej krytyce za umiejętność rzekomego załatwienia sobie korzystnych zapisów w ustawie.

 3. Gdy ustawa wchodzi w życie, realnie nie da się stosować technologii, którą ta ustawa zalegalizowała.

 Klasyczny biurokratyczny klincz. Ale efekty są opłakane. Mamy więc firmę z nową technologią, która czuje się wystawiona do wiatru. Mamy urzędy, które szykują prawo budzące kontrowersje, a potem nie mają odwagi realizować tego prawa. Na koniec mamy krytykę rozwiązań ustawowych. A jednocześnie nic nie wskazuje, aby ktoś chciał zmienić ustawę. Wszystko sprawia, że sytuacja jest patowa. Nie ma odwagi na zmiany. Innowacyjność po polsku. Piekiełko.

wtorek, 26 lipca 2011
Ciężka sprawa, czyli głaz w centrum miasta

Rzecz dotyczy głazu wykopanego na budowie metra. Ale najpierw kilka cytatów - za stołecznym dodatkiem Gazety Wyborczej:

- (...) Dokonaliśmy inwentaryzacji, eksponat objęliśmy ochroną - raportuje Mateusz Witczyński, rzecznik konsorcjum budującego drugą linię metra.

- Proszę jeszcze napisać, że w sprawie występujemy jako powiernik głazu narzutowego.

- Wprawdzie nie jest zbyt okazały, ale może posiadać cechy, które nadają mu unikalną wartość. Sami tego nie przesądzimy, potrzebni są specjaliści i geologiczne ekspertyzy - mówi jeden z samorządowców.

- Jeśli to pomnik przyrody, a nie budowlany odpad, to rzeczywiście warty jest krocie. Podlega takiej samej ochronie prawnej, co "Dama z łasiczką". Nie możemy głazu po prostu oddać - informuje Marcin Bajko, szef miejskiego biura nieruchomości i obecny gospodarz segregatora pt. "Głaz narzutowy".

- Zgodnie z procedurą jedyna możliwość pozbycia się głazu to przetarg. Poprzedzić musi go wycena.

Całość: http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,10006778,Metro_wykopalo_glaz__Sprzedadza_go_w_przetargu_.html

 Nie wiem, jak można porównywać niewielki głaz narzutowy do ”Damy z Łasiczką”. Nie wiem, jak wyceniać głazy narzutowe. Nie wiem jaka jest rola ”powiernika głazu”. Mam jednak wrażenie, że ”kłopot z całą sprawą” to bardziej strach przed działaniem, niż realne ograniczenia prawne. Przepisy zabiły zdrowy rozsądek. I tylko pytanie - śmiać się, czy płakać?

Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta

poniedziałek, 25 lipca 2011
Urzędnicy mają się dobrze. Statystyki nie kłamią...

Za oficjalnymi komunikatami:

W 2010 roku w administracji publicznej zatrudnionych było 440,5 tys. osób, czyli o 2,8 proc. więcej niż w 2009 roku i o 16 proc. więcej niż 2007 roku – podał GUS.

W 2010 roku zatrudnienie w administracji rządowej wzrosło o ponad 11 tys. osób, podczas gdy w administracji państwowej tylko o 1,1 tys. osób. 

Wzrost liczby urzędników nastąpił dokładnie w chwili, gdy administracja miała rozpocząć wielkie odchudzanie. I nie chodzi tu o absurdalna ustawę zakładającą ”równe” cięcie liczby etatów w urzędach o 10 proc. Chodzi o płynące z prawa i lewa zapowiedzi, że urzędników mamy zbyt wielu. Dlatego nie cieszy mnie ”wyhamowanie szybkości przyrostu”. Irytuje mnie, że w trudnych kryzysowych czasach przybył choćby jeden urzędniczy etat.

Przy obecnym poziomie informatyzacji, dostępu do internetu, przy wszystkich projektach e-pitów, e-deklaracji, e-administracji, urzędników po prostu powinno ubywać. Więc gusowskie dane to porażka. 

wtorek, 19 lipca 2011
Najbzdurniejszy przepis na świecie, czyli budowlaniec odpowie za błąd lekarza...

Do absurdalnych przepisów w polskim prawie zdążyłem się już przyzwyczaić. Są jednak sytuacje, które paraliżują swoim nazwijmy to „prawnym urokiem”. Jedną z takich sytuacji jest obecna sytuacja z partnerstwem publiczno-prywatnym.

O co chodzi. Owo partnerstwo (w skrócie PPP) polega na tym, że administracja publiczna dogaduje się z prywatnym biznesem, aby prowadzić jakieś przedsięwzięcie, np. zbudować szpital, drogę itp. Autostrada A1, na północy Polski, zbudowana względnie tanio i bez opóźnień, to taki właśnie przykład PPP.

Ale dziś w Polsce w zakresie PPP nie dzieje się NIC. Kompletnie NIC. Czemu? Bo mamy absurdalne przepisy, które powstały w absurdalny sposób. Wyobraźmy sobie taką oto sytuację. W mieście X trzeba pilnie zbudować szpital. Samorząd dogaduje się z grupą medyków (np. spółka ZDROWIE) i z firmą budowlaną (spółka BUDOWA). Umowa dotyczy zbudowania i prowadzenia szpitala.

BUDOWA buduje na miejskim gruncie szpital i oddaje go spółce ZDROWIE. No, ale jeden z lekarzy popełnia błąd w sztuce - w efekcie proces, wyrok, odszkodowanie. I co dalej? Otóż zgodnie z przepisami z 2010 r. za błąd lekarza może zapłacić... spółka BUDOWA. Bo obie spółki uczestniczące w PPP solidarnie odpowiadają za zobowiązania i szkody wynikające ze wspólnego przedsięwzięcia. Nie ma to sensu? Absolutnie nie ma. I co z tego? Przepis jest, efekt jest - nikt nie chce uczestniczyć w PPP z powodu gigantycznego ryzyka gospodarczego.

Najciekawsze jest jednak jak takie „rozwiązanie prawne” powstało. Otóż w 2010 r. uchwalono ustawę o wspieraniu rozwoju i usług telekomunikacyjnych. Co to ma wspólnego z PPP? Na razie jeszcze nic... Ale w tej ustawie o rozwoju znalazł się przepis (art. 73) zmieniający ustawę o PPP. Znalazł tam się pozornie (!) mało szkodliwy zapis, że jeśli w ustawie o PPP czegoś nie ma, to stosuje się przepisy ustawy o zamówieniach publicznych. W ustawie o PPP nie ma nic o zasadach odpowiedzialności za szkody. Za to w art. 141 ustawy o zamówieniach publicznych jest:

„Wykonawcy, o których mowa w art. 23 ust. 1, ponoszą solidarną odpowiedzialność za wykonanie umowy i wniesienie zabezpieczenia należytego wykonania umowy.”

Co to za art. 23 ust. 1?

„Wykonawcy mogą wspólnie ubiegać się o udzielenie zamówienia.”

Przekładając to na nasz przykład budowy szpitala - to sprawia, że spółka BUDOWA odpowie za błąd lekarza. Tzn. nie odpowie, bo cały system PPP w Polsce właśnie się zawalił. Chętnych do solidarnej odpowiedzialności nie ma. Nawet mnie to nie dziwi.

A przy okazji - stanowienie prawa to głównie umiejętność rozumienia skutków tego co się uchwala. Mam wrażenie, że posłowie uchwalając te regulacje, nie do końca byli świadomi co czynią. Bo świadomie - nikt takiej bzdury by chyba nie przegłosował.

czwartek, 14 lipca 2011
Deregulacja nr 2, czyli biurokracja ma się dobrze

Rząd przyjął tzw. drugi pakiet deregulacyjny. Będzie taniej (nie będzie np. drogich publikacji w Monitorze Polskim B), będzie mniej papierów (raportowanie do ZUS raz w roku, a nie co miesiąc), będzie normalniej (pracownik wykorzysta zaległy urlop w lipcu, a nie w marcu).

http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,9947386,Rzad_przyjal_wazne_zmiany_dla_przedsiebiorcow___koniec.html

Problem jednak w tym, że te zmiany nie stanowią przełomu w działalności gospodarczej w Polsce. Rząd przez 4 lata zdobył sie na 2 skromne pakiety deregulacyjne, oba - na krótko przed wyborami. Po liberałach (?) oczekiwałbym raczej 2 pakietów deregulacyjnych rocznie, a nie dwóch w ciągu kadencji.

Zresztą - nie wiadomo wogóle, czy ten pakiet uda się uchwalić w Sejmie. Do końca kadencji zostały 3 lub 4 posiedzenia, a kolejka ustaw jest długa. Szkoda, że moment przyjmowania pakietów deregulacyjnych rodzi raczej skojarzenia z kampanią wyborczą, niż z systematyczną pracą na rzecz biznesu.

Do tego pakiety deregulacyjne nie dotykają najczęściej zgłaszanych problemów - absurdalnej liczby zezwoleń i koncesji oraz kosztów pracy. W efekcie odnoszę wrażenie, że rząd usuwa największe absurdy, ale tylko wtedy, gdy realnie nie osłabia to siły administracji, ani przychodów budżetu. Tam, gdzie warto naprawdę poluzować - biurokracja ma się dobrze. Oczywiście, przyjdzie czas na trzeci pakiet deregulacyjny. Zakładając, że moze nad nim pracować rząd w składzie podobnym do obecnego (piszę to bez politycznych, czy wyborczych podtekstów) jestem zaniepokojony. Ciekawe czy za wspomniany pakiet władza zabierze się w miarę szybko, czy wiosną 2015 r. Przed kolejnymi wyborami.

wtorek, 21 czerwca 2011
Setki tysięcy i głośna sprawa

Na czym polega istota biurokracji? Na robieniu rzeczy dla samego faktu ich robienia. Bez weryfikacji potrzeby. Czy coś, co robie jest potrzebne. Obiektywnie i mierzalnie. No i biurokracja skupia sie na prawidłowym (w swoim rozumieniu) realizowaniu spraw niepotrzebnych (z punktu widzenia obywateli). A czasami wręcz nonsensownych.

Przykład - policja.

Ze zdumieniem wyczytałem o zakupie sprzętu dziwiękowego do przeprowadzania interwencji policyjnych. Nie szkodzi, że takie działanie jest w Polsce nielegalne. Nieważne, że sprzęt jest diabelsko drogi - jak wyczytałem 6 zestawów kosztuje 780 tys. złotych, czyli jakieś 130 tys. za egzemplarz. Co więcej - policja już znalazła uzasadnienie dla absurdalnego zakupu. Sprzęt ma służyć do wydawania poleceń głosowych.

Szanowni panowie. Polecam aukcje Allegro (ale też każdy inny sklep internetowy). Najdroższy zestaw nagłaśniający kosztuje ok. 1250 zł. http://allegro.pl/naglosn-zestaw-karawan-mikrofon-megafon-faktura-i1677867967.html Megafon, mikrofon, nadajnik. Sto razy taniej za "jednostkę" niż przy dokonanym zakupie. A mam poczucie, że wystarczy. No, ale moje poczucie to mało. Brak pieniędzy w budżecie to mało. Zakaz używania takiego sprzętu przez służby to mało. Liczy się gadżecik... Drogi, zbyteczny. Taki biurokratyczny.

środa, 15 czerwca 2011
Jak teraz zwalniać urzędników?

Trybunał Konstytucyjny nie chce pozwolić na hurtowe zwalnianie urzędników. I generalnie ma rację.

Do samego faktu - pozytywnie - odniosłem się już w redakcyjnym komentarzu: http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,9782049,Trybunal_obronil_urzednikow__ale___.html

Jednak najważniejszą rzeczą jest teraz zahamowanie wzrostu liczby urzędników, ale w taki sposób, aby miało to sens i nie „pachniało” kolejną rządową pokazówką.

Co trzeba zrobić, aby walka z rozrostem biurokracji miała realny przebieg? Kilka wskazówek do rozważenia:

1) podzielić - faktycznie, a nie oficjalnie - urzędy na te, które obsługują petentów w sprawach związanych z bieżącymi problemami życia codziennego i na urzędy nie mające bezpośredniego wpływu na życie obywateli i firm. W tych pierwszych nie obcinać etatów związanych z obsługą, a w razie potrzeby nawet zwiększać zatrudnienie. W pozostałych urzędach, działających „sobie, a przepisom”, przeprowadzić bezwzględną czystkę. Czystka powinna polegać głównie na... likwidacji tych urzędów.

2) wprowadzić czytelne zasady oceny okresowej urzędników. Mało załatwionych spraw, albo duży odsetek uchylonych decyzji - ocena negatywna.

Dwie oceny negatywne = zasiłek dla bezrobotnych.

3) łączenie kompetencji. W Polsce mamy masę instytucji, które faktycznie dublują swoje kompetencje. W Polsce mamy np. CBA, policyjne CBŚ, ABW, kontrwywiad wojskowy. O prokuraturze nie wspomnę. Oczywiście, każdy z szefów tej służby i kilka osób na dokładkę precyzyjnie wyjaśnią różnice między tymi instytucjami. Ale i tak nikt więcej tego nie ogarnie. Jak dla mnie o 2 służby za dużo. CBŚ powinna wchłonąć CBA i ABW, wojskowi niech dalej się bawią swoimi ołowianymi żołnierzykami i ochroną kontrwywiadowczą nad nimi. Ale na połączeniu kilkaset etatów można zaoszczędzić. Albo i więcej. A jakoś nie ma we mnie przekonania, że będę mniej bezpieczny niż jestem teraz. Może zamiast „atakować” służby powinienem „zaatakować” sektor weterynaryjno-epidemiologiczny. Potwierdzam - tam też można łączyć.

4) realnie wprowadzić kryterium wykształcenia. Nie chcę nikogo urazić, ale śmieszą mnie opowieści o kolejnych terminach, w których to urzędnik „musi ostatecznie” uzupełnić wykształcenie. Z okazji Euro 2012 (pretekst dobry jak każdy inny) ustalmy - „Urzędnikom bez licencjatu - dziękujemy”.

Ale najważniejsze jest coś innego. Tworzenie prawa, które nie będzie wymagało, ani nie będzie dawało pretekstu do zatrudniania kolejnych urzędników. Bo to jest w całej tej sprawie najważniejsze.



poniedziałek, 13 czerwca 2011
Dwa szczegóły i pieniądze dla budżetu. Niemieckiego budżetu...

Z reguły biurokrata jest tylko uciążliwy. Ale czasami są sytuacje, gdy biurokratę można „podliczyć”. No i ostatnie miesiące to tysiące, dziesiątki tysięcy złotych strat. Tylko w jednej dziedzinie, tylko w kilku miejscach w Polsce. A opowieść leci tak...

Jak jest na świecie?

Importer żywności stawia się w odpowiedniej służbie sanitarnej i przedstawia dokumenty weterynaryjne wysłanego towaru, który dajmy na to przemierza akurat Atlantyk. Urzędnik - niemiecki, holenderski, brytyjski - sprawdza dokumenty. Jeśli są błędy - można wystąpić do nadawcy towaru i jego służb krajowych o nowy dokument - odsyłając stary. W tym czasie towar dopływa na miejsce, nowy dokument ląduje na biurku urzędnika. Pieczątka, podatek, towar wjeżdża, biznes się kręci.

Jak jest w Polsce?

Importer żywności stawia się w odpowiedniej służbie sanitarnej i przedstawia dokumenty weterynaryjne wysłanego towaru, który dajmy na to przemierza akurat Atlantyk. Urzędnik - jak najbardziej polski - nie sprawdza dokumentu. Sprawdzi go dopiero, gdy towar przypłynie. Czemu? Bo jeszcze biznesmen coś „skręci”, więc czujność trzeba zachować. Towar przypływa, następuje sprawdzenie dokumentu. „Jeśli są błędy - można wystąpić do nadawcy o nowy dokument - odsyłając stary” - chciałoby się napisać. Niestety. Jeśli są błędy to polski importer nic nie odeśle do poprawki bo błędny dokument staje się „dowodem w sprawie”. Efekt - importer ma kłopot, bo jego kontener stoi na terminalu, a nie w składzie celnym. Na terminalu - więc płaci, płaci, płaci. A urzędnik wyjaśnia, wyjaśnia, wyjaśnia.

O wszystkim decydują 2 szczegóły. Moment sprawdzania dokumentu i szansa na szybkie odesłanie dokumentów do poprawki. Dwa małe szczegóły, rozegrane „po polsku”.

Na szczęście patologia już się kończy. Do polskich importerów zgłaszają się... niemieckie firmy obsługujące ruch w portach. Towar trafia nie do Gdyni, ale dajmy na to do Hamburga. Nie ma kłopotu z dokumentami i towarem. Jest za to kilka innych kłopotów. Zarobią niemieccy dokerzy, niemieccy pośrednicy, niemieccy urzędnicy, niemiecki port. Ale w sumie jesteśmy we wspólnej Europie. Cieszmy się - bo gdy zarabiają Niemcy, biznes się kręci...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8