| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków


Napisz do mnie: artur.kielbasinski@agora.pl


RSS


RSS
poniedziałek, 12 grudnia 2011
A mi tej komisji byłoby żal. Przyjazne Państwo...

W zasadzie jeszcze jest, ale w praktyce jej już nie ma. Chodzi o sejmową komisje "Przyjazne Państwo", która miała odbiurokratyzować polską gospodarkę, a głównie stała się trampoliną (by nie napisać "platformą"), z której skorzystał Janusz Palikot do kreowania swojej kariery politycznej.

Formalne decyzje co do losów komisji mają zapaść w styczniu o czym donoszą media:

http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,10772793,_PB___Premier_zamknie_komisje_Przyjazne_Panstwo_.html

I w zasadzie nawet jestem w stanie zrozumieć polityczne przesłanki tej decyzji. Jednak nie ukrywam, że akurat tej komisji wcale bym nie chciał zlikwidować. Bo jej konstrukcja była jednak wyjątkowa.

Czemu? Bo wyrastała ponad Polskę-branżową. W naszym kraju mamy taki polityczny obyczaj, że np. komisję i resort zdrowia opanowują głównie lekarze, odpowiednio komisje i resort rolnictwa - wielcy producenci rolni i rolnicy. To samo dotyczyło każdej kolejnej komisji branżowej. Każdy "pilnował swego". Na pierwszy rzut oka - wydaje się, że to dobrze. Ludzie znający realia danej sfery życia zajmowali się jej reformowaniem, rozwiązywaniem jej problemów. W teorii - wszystko gra. W praktyce jest już gorzej, bo często postronnemu obserwatorowi trudno jest ocenić, gdzie kończy się "praca nad problemem", a zaczyna "gra interesów". A efekty prac komisji branżowych mają ogromny wpływ na ostateczną treść stanowionego prawa.

Na tle tak skonstruowanych komisji "branżowych" komisja "Przyjazne Państwo" była czymś wyjątkowym. Gdy już problemem przestały być ambicje polityczne pierwszego przewodniczącego, prace posuwały się do przodu. A sama komisja zajmowała się problematyką niezwykle różnorodną. Jednego dnia debatowała o przepisach dotyczących refundacji leków i działania aptek, kolejnego o problemach prywatnych ośrodków wczasowych. Po kilku dniach przerwy pod obrady komisji trafiały procedury administracyjne, by kolejne posiedzenie poświęcić problematyce produkcji alkoholu lub handlu wyrobami tytoniowymi. Czy posiedzenia były słabe merytorycznie? Niekoniecznie - za każdym razem na sali zjawiało się grono ekspertów. Natomiast taki "rozstrzał" zainteresowania pokazywał, że komisji łatwiej wychodzić poza utarte ścieżki, że może zajmować się biurokracją jako problemem całej gospodarki, a nie tylko "branżowym" załatwianiem poszczególnych problemów. To powodowało, że ta akurat komisja miała szersze spojrzenie na rzeczywistość. Co więcej, pomysły utrącone w komisjach "branżowych" mogły być weryfikowane właśnie w "Przyjaznym Państwie". To był dobry wentyl bezpieczeństwa.

Dlatego szkoda, że komisja ma zostać zlikwidowana. Obsadzona przez posłów mocno zorientowanych na realne rozwiązywanie problemów biurokracji mogła zrobić wiele dobrego. Pytanie, czy grupa takich posłów (pozytywnych "fanatyków") by się znalazła...

środa, 07 grudnia 2011
Urzędnik się dziwi: ''dopiero w internecie...'' Czy rozumie XXI wiek?

Od kliku dni w internecie trwa prześmiewcza burza. Wszystko za sprawą spotu reklamującego Warszawę przed Euro 2012. Najkrócej mówiąc internauci szydzą ze spotu, który polega na tym, ze młody biegacz goni biegaczkę, przy okazji ”zwiedzając” stolicę. W komentarzach w sieci mamy wszystko - i zarzuty że spot pokazuje ”zboczeńca” i że jest słaby merytorycznie.

Ocenę pozostawiam Czytelnikom, ale jest w tej sprawie inna niepokojąca rzecz.



Co mnie niepokoi poza młodym biegaczem i jakością spotu? Otóż urzędnicy warszawskiego ratusza próbują ratować się tłumacząc, że po emisjach telewizyjnych wszystko było OK. Dopiero wrzucenie spotu do internetu rozgrzało atmosferę... Ot, głupi i okrutny internet nie docenił... A mnie przeraża takie myślenie urzędników - pokazuje, ze nie rozumieją jak działają media w XXI wieku. Spot w telewizji nie wzbudzi takich emocji, bo telewizja nie służy do komentowania. To przekaz jednostronny, nie ma możliwości komentowania. Bo taka jest telewizja. Ujawnianie emocji zawsze następuje w internecie. Bo tam to jest możliwe, bo do tego służy internet. To jego istota. Więc nie dziwcie się Panie i Panowie z ratusza, że burza rozpęta się w internecie...

Co więcej, nie rozumiem, jak można tego nie rozumieć. Nie wiem, czemu wszystkie spoty nie są ”testowo” wpuszczane do netu zanim nie pojawią się w telewizji. Wystarczy dać na próbę i poczytać komentarze. Gdyby ktoś w Warszawie myślał w tych kategoriach - nie było by teraz śmiechu na forach. A z drugiej strony, może o to chodzi. Urzędnik wreszcie bawi społeczeństwo...

A dla zainteresowanych - inny spot. Też impreza sportowa, też bieg. Tylko klasa produkcji inna. No i nie Warszawa...

The Official London 2012 Olympics Film.'Sport At Heart' from Daryl Goodrich on Vimeo.



piątek, 02 grudnia 2011
Lekarze kontra NFZ i rząd. Najważniejszy gospodarczy spór w tym stuleciu?

W mediach przemknęła (i nie wzbudziła specjalnych emocji) informacja o tym, iż samorząd lekarski zaskarżył nowe przepisy ustawy dot. refundacji leków do Trybunału Konstytucyjnego. Media poświęciły tej sprawie zaledwie kilka słów - nikt nikomu nie dał po twarzy, nikt nikogo nie obraził, wniosku do TK nie składała długonoga celebrytka, więc w XXI wieku taki news, prawie nie jest newsem. A jednak.

Najpierw zastrzeżenie. Nie jestem specjalnym fanem samorządu lekarskiego. Lekarskie strajki, pogotowia strajkowe, brutalna walka o płace, a także szermowanie "klauzulami sumienia" - to wszystko nie zrobiło ze mnie specjalnego fana tego środowiska. ale tym razem za środowisko lekarskie trzymam mocno kciuki. Co więcej - mam wrażenie, że dla gospodarki sprawa ma kluczowe znaczenie. Podkreślam - dla firm i gospodarki, a nie samych lekarzy.

O co poszło? O "porządkowanie" spraw z refundacją leków. Otóż od 1 stycznia to na lekarzu (także tym działającym jako prywatna firma) miała ciążyć odpowiedzialność za wypisanie leku refundowanego osobie bez uprawnień. W razie pomyłki - kary, zwrot refundacji - niemal kryminał. Tak oto państwo próbuje porządkować sferę, w której od lat przeciekają grube miliardy złotych.

Co więc złego w nowym rozwiązaniu? Otóż zła jest filozofia wprowadzanej zmiany. Ubezpieczenie zdrowotne to instytucja prawna stworzona przez państwo, potrzebna państwu (a dokładnie jego organowi o nazwie NFZ). O zakresie ubezpieczenia i jego zasadach decyduje państwo. Ubezpieczenie reguluje relacje pacjenta z refundowaną z publicznych pieniędzy służbą zdrowia.

Dlatego to państwo powinno zadbać o wszystko co wiąże się z przejrzystością zasad ubezpieczenia społecznego. To państwo powinno "uzbroić" szpitale, lekarzy, apteki w bazy danych, w dostęp do nich, w możliwość weryfikacji podawanych przez pacjenta danych. To państwo powinno wyprodukować karty identyfikacyjne na których zapisywane byłyby leki i dane pacjenta, w tym takie jak prawo do bezpłatnego leczenia i refundacji leków. To wszystko to obowiązki PAŃSTWA, rządu, jego organów (w tym wspomnianego NFZ). To zastępy biurokratów powinny wymyślić jak zorganizować sposób weryfikacji danych związanych z ubezpieczeniem, aby system działal dobrze.

Lekarz niech odpowiada - za wypisywanie fikcyjnych recept, za wypisywanie leków dla osób trzecich na darmowe recepty dla weteranów. Ale lekarz nie może odpowiadać za weryfikowanie ubezpieczenia pacjenta. Lekarz ma leczyć i prawidłowo - pod względem MERYTORYCZNYM - wypisywać recepty. To samo dotyczy aptekarzy - oni nie mają być państwowymi "cerberami". Mają wydawać leki, zgodnie z tym co zapisał lekarz, weryfikują zapis przez pryzmat zdrowia pacjenta. A nie przez pryzmat oczekiwań państwa.

Sprawa dotyczy kwestii podstawowych - kto za co odpowiada. Państwo nie może przerzucać swoich zadań na prywatne osoby, czy prywatne firmy. Co więcej - nie ma prawa karać za ewentualne błędy związane z weryfikacją kwestii ubezpieczeniowych.

Nie chcę żyć w państwie, w którym lekarz, czy farmaceuta zamiast leczyć zmienia się w "śledczego" ds. ubezpieczeń, a spółka dostarczająca mi prąd do domu zaczyna ściągać publiczną daninę - opłatę za abonament radiowo-telewizyjny.

Państwo powinno pełnić minimum funkcji. Niepotrzebne są zastępy urzędasów od promocji, marketingu, od "wspierania", "kreowania", od "przekładania papierów". Ale akurat kwestie związane z ubezpieczeniami publicznymi powinny być załatwiane przez urzędników państwowych lub samorządowych. I to oni powinni ponosić odpowiedzialność za błędy popełniane w tej sprawie. Problem w tym, że urzędnikom idzie to z oporami. Więc próbują swoje obowiązki przerzucić na innych - na prywatne firmy - lekarskie, czy farmaceutyczne.

Z drugiej strony jednak, czy nie było by prościej z kartami chipowymi? Pisałem już o tym, więc dalsze narastanie problemu, zamiast jego rozwiązania, tylko budzi większą irytację.

I dlatego trzymam kciuki za lekarzy. Skopcie państwo w Trybunale!

Poprzedni wpis o chipach i absurdach z NFZ: http://biurokracja.blox.pl/2011/09/Bunt-w-aptekach-czyli-XIX-wieczny-polski-problem.html

Tagi: lekarze nfz TK
17:43, artkie
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 21 listopada 2011
Po drabinie na II piętro, czyli urzędnik i lokator

Prawo lokalowe dostarcza coraz to nowych "atrakcji" Jedną z nich opisała gazeta z Łodzi http://www.dzienniklodzki.pl/stronaglowna/474396,do-domu-po-drabinie-czyli-urzednicy-dogadali-z-lokatorem,id,t.html?cookie=1

Sprawa kuriozum - aby dostać się do mieszkania na II piętrze trzeba mieć... drabinę. Wszystko przez dziwaczny podział korytarza i podzielenie mieszkania na dwa osobne lokale.

Rozumiem wiele, m.in. to, że miasta miewają gigantyczne kłopoty z lokalami komunalnymi i potrzeba ich jak najwięcej.

Ale z tekstu, który znalazłem w łódzkiej gazecie przebija jedno - jednostronność działań urzędników. "Podzielili, wypowiedzieli, nakazali itp., itd.". Wszystko oprócz próby porozumienia, dialogu. Każdy prawnik jest w stanie wymienić cały "arsenał" środków prawnych (łącznie z eksmisją) opisanych w całej bibliotece aktów prawnych (łącznie z uchwałami rady gminy). Niestety, mało który prawnik, czy urzędnik jest w stanie zrobić coś ponadto, co wyczyta w ustawach. A może trzeba zaparzyć kawę, kupić ciasteczka za 10 zł i zaprosić na spotkanie wszystkich zainteresowanych. Porozmawiać, omówić rozbieżności, spróbowac porozumieć się między sobą.

Sam po sobie wiem, jak reaguję na pisma urzędowe. "Nakazuje, upomina". Agresywna odpowiedź murowana. Tak też mogło być w łódzkiej sprawie...

Oczywiście, urzędnik może się obawiać, że spotkanie przy kawie nie zostało opisane jako "instytucja prawna" w kodeksie postępowania administracyjnego. Jeszcze bardziej może się obawiać wydania 15 zł na to spotkanie (wspomniane ciasteczka + kawka). Ale może lepiej wydać 15 zł, niż tysiące na prawników i setki na korespondencję? Może wystarczy porozmawiać?

Wiele lat temu byłem na rozprawie o... kran. Okazało się, że duży deweloper, nie rozliczył się z dostawcę wysokiej klasy armatury sanitarnej. Rzecz szła o 450 zł (dobrej klasy JEDNA bateria łazienkowa). A tu cała powaga wymiaru sprawiedliwości - wezwania, radcy prawni, strony. Sąd w osobie młodej inteligentnej sędziny - po otwarciu rozprawy zarządził przerwę. Po 15 minutach strony "były dogadane". Ugodę spisano i zaakceptowano w 10 min.

A już po rozprawie w nieformalnej atmosferze wszyscy przyznali, że nikt nie miał pełni świadomości, że rzecz jest o jedną baterię. Dla jednej ze stron była to "długotrwała zaległość w rozliczeniach", dla drugiej "pieniactwo", bo za 59 baterii przecież zapłacono. A ta ostatnia była zamawiana dodatkowo... A wystarczyłby jeden telefon...

W sprawie w Łodzi zapewne byłoby tych telefonów więcej. Może spotkań przy kawie i ciasteczkach też byłoby kilka (uwaga! - koszty rosną!). Ale nie byłoby eksmisji i całego sądowego cyrku. Tylko czy komuś na takim załatwieniu sprawy zależy?

środa, 26 października 2011
Zmory firm? Koszty, biurokracja, biurokracja, biurokr...

BCC opublikowała wyniki bardzo ciekawego badania wśród firm. Zapytano ich szefów (a zrobiła to profesjonalna firma GFK Polonia, a nie naprędce sklecony program komputerowy) jakie są największe bariery w prowadzeniu biznesu. Badanie pozwalało na wskazanie kilku odpowiedzi.

No i biurokracja wypadła w tym zestawieniu świetnie. Pierwsze miejsce wprawdzie nie należy do BIUROKRACJI - bo są to wysokie koszty pracy (57 proc. badanych). Ale potem było już świetnie. Bo biurokracja w różnych przebraniach zajęła 5 kolejnych miejsca. Jako drugą przyczynę kłopotów firm wskazano bowiem nieprecyzyjne przepisy (53 proc. badanych), a na trzecim niestabilne prawo (41 proc.). Oba te punkty to kwintesencja biurokracji - tak mieszać w prawie, aby urzędnik był ponad prawem, a obywatel, przedsiębiorca, petent - pod prawem.

Jako przeszkodę nr 4 wskazano skomplikowany system podatkowy (38 proc. głosów), a na pozycji nr 5 pojawiło się niedostosowanie przepisów do realiów gospodarczych (32 proc.). Obecność BIUROKRACJI zamyka pozycja nr 6 (28 proc. głosów) - czyli długo trwające procedury administracyjne.

Poniżej w rankingu znalazły się m.in. czyny nieuczciwej konkurencji, szara strefa itp. działania.

Wydźwięk badania jest zatem jednoznaczny - polskim firmom bardziej przeszkadzają polscy urzędnicy i przepisy niż nieuczciwi konkurenci. Smutne. Ale w gruncie rzeczy dość oczywiste.

http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,10540180,BCC__Rzad_nie_usuwa_prawdziwych_barier_w_prowadzeniu.html

środa, 19 października 2011
Nielegalny poker, czyli prawo, czy groteska

"Policja i służba celna wkroczyły". "Zarzut udziału w nielegalnym turnieju pokera". "Grzywny do 10 tys.". To telegraficzny skrót informacji, która przeniosła mnie w mroczne lata 80-te, gdy dzielni funkcjonariusz stale wkraczali i walczyli z nielegalnymi działaniami o "najróżniejszym zabarwieniu".

Cała informacja tutaj http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,10496682,Nielegalny_turniej_pokera_w_restauracji.html

Porównanie z latami 80-tymi nie na miejscu? Tak, policja państwowa, to nie ZOMO. Ale klimat absurdu pozostaje. Wszystko we mnie krzyczy na "nie", gdy czytam o nielegalnym turnieju pokerowym i grzywnach do 10 tys. złotych. Tak bowiem funkcjonuje absurdalne prawo uchwalone po tzw. "aferze hazardowej". Zamiast rozwiązać problem relacji politycy-hazard, próbowano wówczas ograniczyć zjawisko gier. W efekcie mamy "spektakularne wkroczenie" i groźby surowych kar.

Wiem, że pisanie, iż "jako podatnik mam prawo" - jest trywialne. Ale napiszę - nie chcę, aby działająca za moje podatki policja robiła naloty na "szulernie". Takie akcje pasują do któregoś z odcinków serialu "Alternatywy 4", a nie do państwa prawa w XXI wieku, w środku Europy. Nie chcę, aby policjanci ganiali pokerzystów, chcę aby łapali prawdziwych bandytów.

Z drugiej strony - nie mam pretensji do "wkraczających" - oni muszą, bo takie jest prawo. Mam pretensje do rządzących - za takiego prawa uchwalanie.

"Szulernie" trzeba rozsądnie opodatkować, stworzyć jasne reguły ich działania (jasne, czyli w trakcie debaty publicznej, a nie podczas spotkań na cmentarzu) i trzymać policję od nich z daleka. No, chyba że jeden gracz da drugiemu po buzi... Ale to zupełnie osobna historia.

Póki co "mamy sukces". Na miarę naszych marzeń (?) i oczekiwań (?).

Nielegalnia szulernia (za gazeta.pl)

poniedziałek, 12 września 2011
PIT wypełni urząd. Za mało, za późno...

Przez media lotem błyskawicy przeszła ”sensacyjna wiadomość” o zapowiedzi ministra Jacka Rostowskiego, że już wkrótce (podobno za 2 lata) urzędy skarbowe wypełnią za nas zeznania PIT. Podatnik wyłącznie potwierdzi lub odrzuci dzieło fiskusa i będzie po sprawie. Dziwię się, że taka zmiana wprowadzana jest dopiero teraz. Od lat urząd dysponuje pełnia wiedzy na temat tego kto, gdzie ile zarabia. Co więcej urzędnikowi łatwiej jest zweryfikować dane od strony formalnej, dostrzec błąd itd. Dobrze napisany system, wypełni zeznanie praktycznie bez kłopotu...

I tak powinna działać cała administracja. Do przeszłości powinny należeć, dziś normalne, sytuacje, że w urzędzie gminy petent przenosi dokument z okienka do okienka. Urzędnik teoretycznie zrobi to szybciej. Teoretycznie urzędnik nie powinien przenosić żadnego dokumentu, tylko ”wyklikać go” z systemu informatycznego. Petent powinien wyłącznie składać wniosek i podawać podstawowe dane, aby umożliwić urzędowi szybkie i samodzielne załatwienie sprawy.

Są jednak w kierunku zmian rzeczy, które mogą niepokoić.

Po pierwsze, urzędnik wypełniający ze podatnika jego zeznanie nie będzie się śpieszył. Będzie pracował we własnym, urzędowym tempie. W tej sytuacji trudno będzie np. złożyć dokument szybciej niż wynosi ”średnia”.

I jeszcze jedno. Gdy obecnie wypełniam i składam moje zeznanie podatkowe moja złość na ”system” trwa kilkanaście godzin. Najpierw przeglądam pity, potem wypełniam szablony, potem drukuję, wysyłam. Procedura e-deklaracji pozbawiła mnie częściowo elementu wydruk (ale mam kopię) i skróciła okres wysyłania. Mniej myślę np. o wysokości odprowadzanego podatku, czy składek na NFZ. Wypełnianie mojego druku przez urzędników, zupełnie pozbawi mnie elementu zadumy nad stawkami składem i podatków. Proces stanie się niemal bezrefleksyjnie automatyczny... Może o to właśnie chodzi?

środa, 07 września 2011
Karać, karać, karać. Za głupie przepisy.

Wydawało mi się, że widziałem wiele absurdów. Są jednak rzeczy, który nie umiem przewidzieć. A sprawę taką szeroko opisują właśnie media.

Przed meczem Polska-Niemcy w Gdańsku kibice z Wodzisławia Śląskiego musieli... UWAGA ... pociąć flagę, bo była rzekomo za duża. Nie wiem na co za duża? Urzędnicy z Gdańska ustalili wymiary dopuszczalnych flagi wnoszonej na PGE Arena. Miało być 2 m/1,5 m. Czemu tak? Wiedzą zapewne tylko w gdańskim magistracie. W każdym razie w magistracie ustalono, a ochrona wyegzekwowała.

Jedyny dopuszczalny napis na fladze - nazwa miasta. No i pojawiła się flaga z napisem ”WODZISŁAW ŚLĄSKI”. Problem w tym, że to nazwa dłuższa niż np. ”Gdańsk”. Nie mieści się na ”regulaminowym” 2m/1,5m. A zatem ochrona kazała - rozciąć flagę.

Przepis głupi. Polecenie haniebne, choć legalne. Sprawa skandaliczna.

Ktoś się tym przejmie? Śmiem wątpić. Media popyskują, a urzędnicy będą robić swoje. Święcie przekonani, że działają w słusznej sprawie.

 

http://ekstraklasa.wp.pl/kat,77156,title,Zamieszanie-w-Gdansku-polska-flaga-na-pol,wid,13760605,wiadomosc.html?ticaid=1cfb8

wtorek, 06 września 2011
Raz do roku, czyli co miesiąc - bezsensowne polskie prawo

Kolejna bzdura w polskim ustawodawstwie, czyli druk ZUS RMUA. Premier Pawlak odtrąbił właśnie wielki sukces ustawy deregulacyjnej, którą lada moment ma przegłosować Senat. Przedsiębiorca nie będzie musiał już przekazywać pracownikom druków potwierdzających odprowadzanie składek co miesiąc, ani co kwartał. Wystarczy robić to raz w roku.

W zasadzie raz w roku. Bo NFZ, a w ślad za nim przychodnie i szpitale, zaostrzyły właśnie weryfikację pacjentów korzystających z usług opłacanych przez fundusz. W efekcie - każdy niemal pacjent musi się stawić w przychodni z kwitkiem - a jakże -ZUS RMUA, jak najświeższej daty. To bowiem jedyny sposób na potwierdzenie uprawnień do bezpłatnego leczenia.

Wydawanie dokumentu pracownikowi pozostaje zatem fikcją. Nadal potrzeba papieru, nadal trzeba drukować.

Ale deregulację należy uznać za sukces...

http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/544872,zmiany_w_prawie_nie_pomagaja_papierowe_dokumenty_wciaz_rzadza_w_firmach.html

poniedziałek, 05 września 2011
Bunt w aptekach, czyli XIX-wieczny polski problem

”Rzeczpospolita” straszy - ”Bunt w aptekach”. I o ile strasznie nie lubię, to tym razem coś jest na rzeczy. Otóż okazuje się, że resort zdrowia i NFZ w ramach ”porządkowania” (?!) gospodarki lekowej (a właściwie porządkowania dofinansowania do leków) próbują zmienić zasady refundacji leków. W ramach nowych umów apteki muszą się zgodzić m.in. na dotkliwe kary za przyjmowanie i realizację błędnie wypisanych recept.

Cała sprawa opisana jest tu: http://www.rp.pl/artykul/10,712149-Aptekarze-groza-buntem.html

W tekście pojawia się też informacja, która kwalifikuje działalność NFZ lub/i resortu zdrowia do prokuratury lub/i do psychiatry. Otóż jeden z właścicieli aptek twierdzi, że KAŻDA kontrola NFZ kończy się stratą kilku tysięcy złotych. Każda? Co to za patologia, co to za przepisy. Strata osoby prowadzącej działalność gospodarczą powinna być wyjątkiem, czymś nadzwyczajnym. W rządzonej przez podobno liberałów Polsce, dotkliwa kara stała się normą...

A jeśli każda kontrola naprawdę oznacza stratę to natychmiast należy zmienić i przepisy i mentalność kontrolerów.

Z drugiej jednak strony jest w opisie całego problemu coś, czego po prostu nie rozumiem. Nie rozumiem kłopotów ze źle wypisanymi receptami, bo... nie rozumiem po co wypisuje się recepty.

Żyjemy w XXI wieku. Wyprodukowanie karty z chipem to koszt kilku złotych (przy zamówieniu dajmy na to 38 mln kart). Koszt w sakli budżetu - niezauważalny. Czy naprawdę trzeba wypisywać ręcznie miliony recept i analizować ich prawidłowość? Czy nie można stworzyć elektronicznego systemu recept z użyciem elektronicznego nośnika informacji, czyli wspomnianej karty? Korzyści widzę same - lekarz byłby w stanie wypełnić receptę tylko prawidłowo - bo wypełniałby opracowane w systemie szablony. Nie myliłby się w opisywaniu dawkowania, bo do każdego leku byłyby przyporządkowany w systemie opis dostępnych na rynku asortymentów (dawka, liczba tabletek itp.).

Kontroler NFZ (ten z już zmienioną mentalnością) nie chodziłby na kontrole, tylko klikał w odpowiedni program w komputerze i od ręki miałby dostęp do danych. Mógłby np. błyskawicznie sprawdzić, który lekarz ile czego wypisuje i czy np. nie nadużywa przysługujących pacjentom-weteranom uprawnień do wypisywania darmowych leków. Kto za to zapłaci? Budżet i same apteki. Mając do wyboru płacenie kar, lub zainwestowanie w system, zapewne wybiorą to drugie. A przy okazji - na taki projekt zapewne znalazłyby się jakieś środki europejskie.

Tymczasem system refundacji działa w technologii rodem z XIX, bo nawet nie z XX wieku. W systemie, w którym problemem jest to, że lekarz nie napisał Warszawa, tylko Wa-wa. Tego by Kafka nie wymyślił. Chociaż pisząc sławny ”Zamek”, kto wie, czy nie myślał o regionalnym oddziale NFZ.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8