| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków


Napisz do mnie: artur.kielbasinski@agora.pl


RSS


RSS
piątek, 14 września 2012
Marcinkiewicz: Polska administracja? Jest niczym, szmelcem. I kto to mówi...

No to się człowiek może ciekawych rzeczy dowiedzieć, niejako u źródła. Na zwierzenia dotyczące polskiej administracji zebrało się Kazimierzowi Marcinkiewiczowi. Były premier (PiS), obecnie skumplowany z PO na polskich urzędach nie zostawił suchej nitki. Nie ma co omawiać, zerknijcie na poniższy cytat pochodzący z jego rozmowy w Polska the Times:

A polska administracja jest beznadziejna. Jest niczym, szmelcem. Pokazał to Smoleńsk, pokazał to Amber Gold i cała masa różnych wydarzeń, które się dzieją przez ostatnie 20 lat - że administracja i urzędy są byle jakie. Dziś nie ma zaufania do urzędu skarbowego, do prokuratury, do sprawiedliwego sądu, do innych instytucji, nie są wykrywane te wszystkie mafijki, które nie tylko przy okazji Amber Gold zobaczyliśmy. One są na każdej prowincji, w każdym powiecie mamy powiązania polityków, biznesmenów z prokuratorami, sędziami, adwokatami. Podam inny przykład - Magda Gessler zrobiła dla naszego zdrowia i życia więcej niż cały, beznadziejny sanepid. Po jej programach sanepid powinno się w ogóle zlikwidować.

Mało? Chyba wystarczy. Mocne słowa. Pomijam wątki polityczne - dramatyczne słowa o urzędach w kontekście Smoleńska, Amber Gold i "całej masy różnych wydarzeń" są w wyraźnej sprzeczności z tym, co mówią obecnie rządzący. Ale to problem Marcinkiewicza.

Były premier sili się też na próbę opisania możliwych zmian. Niestety, nie wychodzi poza rytualną nowomowę. Komasacja, likwidacja, służba publiczna, kontrola. Oczywiście nie mogło zabraknąć stwierdzenia, że urzędników ma być o 30 proc. mniej, ale lepiej uposażonych.

I właśnie czytając te "recepty" złość mnie dopadła. Bo takiego gadania mam już szczerze dość. To pokazuje, że klasa polityczna, bo Marcinkiewicz jest jej nieodrodnym przedstawicielem, nic nie rozumie z tego, jak działa administracja.

1. Główny powód to permanentne polityczne grzebanie w urzędach. Stan niepewności, ciągłe zmiany kadrowe (co wybory, o ile następuje zmiana władzy !), brak stabilizacji. Efekt? Pełna usługowość urzędników wobec polityków. Do tego stopnia, że prezes sądu (czyli ktoś znacznie ważniejszy niż urzędnik!) jest gotowy spotykać się z premierem, co ujawniła niedawna dziennikarska prowokacja.

2. Beznadziejne prawo. Polskie prawo ciągle się zmienia, ale to tylko jeden z kłopotów. Najgorsza cecha polskiego prawa polega na tym, że nie stanowi ono żadnych zasad. Jest grą wyjątków i sytuacji specjalnych. Efekt? W każdej niemal sytuacji zakaz lub nakaz można ominąć. I decyduje o tym urzędnik obeznany w meandrach danej tematyki. Do legendy zapewne przejdzie oracji ministra Gowina, który przekonywał (w kontekście sprawy Amber Gold), że osoba skazana wprawdzie nie może być np. w zarządzie spółki, ale to nie problem sądu, tylko narzędzie dla np. akcjonariuszy. A przypomnijmy jak brzmi przepis: "Nie może być członkiem zarządu, rady nadzorczej, komisji rewizyjnej albo likwidatorem osoba, która została skazana prawomocnym wyrokiem za przestępstwa określone w przepisach rozdziałów XXXIII-XXXVII Kodeksu karnego oraz w art. 585, art. 587, art. 590 i w art. 591 ustawy." Niby jest zakaz, ale go nie ma... To znaczy jest, ale sąd się martwić nie musi. Kpina po prostu. Bo wraz z przepisem powinna powstać procedura określająca - kto, jak, gdzie, kiedy egzekwuje ten zakaz.
Prawo powinno być jasne. Urzędnik nie powinien podejmować żadnych decyzji. Urzędnik powinien WYŁĄCZNIE SPRAWDZAĆ, czy klient spełnia warunki określone  w ustawie, czy spełnia wszystkie opisane w prawie warunki. Spełnia - sprawa załatwiona. Nie spełnia - przepraszam, zapraszam ponownie...

3. Urzędy same kpią z prawa. Bezkarnie. Mam wrażenie, że ulubionym sportem narodowym polskich urzędów są dziwaczne przetargi. Jakie? Np. jeden z najbardziej szanowanych polskich urzędów kilka lat temu rozpisał przetarg na laptopy. Specjaliści z branży przeczytali warunki, wybuchnęli śmiechem i określili przetarg mianem "afery". Rzecz w tym, że ważnym kryterium była... waga urządzenia. A odpowiednią wagę miał 1 (słownie: jeden) laptop dostępny na rynku. No, ale przetarg był rozpisany... Podobnie bywa przy zakupie samochodów, urządzeń, sprzętu elektronicznego. To chory proceder, tym niebezpieczniejszy, że częsty.

4. Kpiny z terminów. Znajomy zgłosił skargę w nadzorze budowlanym. Rok temu. Nikt nie odezwał się, nikt nie sprawdził, nikt go nie wysłuchał. Więcej nie piszę - każdy z nas zna takie przypadki. Masę takich przypadków...

5. Korupcja. Nie chcę upraszczać, ale większość moich znajomych, którzy prowadzą firmy - albo musiała dać w łapę, albo miała takie sugestie. W różnych sytuacjach - nie ma jednego scenariusza. Jest atmosfera...

To wszystko można zmienić. Zmienić prawo, zmienić obyczaje. Zatrudniać fachowców, a nie politycznych przyjaciół. Tylko, że to muszą zmienić politycy. Muszą wymusić zmiany, uchwalać lepsze prawo. Jeśli tego nie zrobią, będziemy słuchali opowieści premiera Marcinkiewicza o szmelcu. Tylko, że sam Marcinkiewicz miał okazję (fakt, dość krótką), aby szmelc poprawić. I nie skorzystał. Bo "szmelc" irytuje, gdy się jest jego petentem. Gdy jest się człowiekiem władzy ten "szmelc" to narzędzie tej władzy, to przestrzeń do rozdawania etatów. I dlatego żaden polityk nie myślał o realnym usprawnieniu urzędów. Mieli i mają ważniejsze sprawy na głowie. A "szmelc" trzyma się dobrze...

To tyle na szybko, "na irytacji". Macie Państwo, jakieś inne pomysły na walkę z urzędami..., przepraszam - ze "szmelcem" :)

środa, 12 września 2012
Sąd nad Sądem Najwyższym, czyli możemy wiedzieć więcej

Media przyniosły bardzo ciekawą informację. Otóż, Sąd Najwyższy przegrał spór przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Sprawa jest ciekawa choćby dlatego, że trudno sobie porażkę Najwyższej Władzy Sądowniczej wyobrazić. A jednak. A dalej jest tylko ciekawiej. Bo liczy się jeszcze czego sprawa dotyczyła i dlaczego sąd ją przegrał.

A poszło o dostęp do informacji o zasadach (i powodach) używania w SN komercyjnego programu do analizowania/przeglądania obowiązującego prawa. Na Sąd Najwyższy poskarżyła się Fundacja ePaństwo, która chciała poznać warunki umów zawieranych przez SN. W opinii Fundacji równie dobrze można w SN korzystać z niekomercyjnych baz danych. czemu tak się nie dzieje - to właśnie chciała wiedzieć Fundacja. A SN musi to teraz wyjaśnić. Do tego doszedł spór o zasady publikacji orzeczeń SN.

Merytorycznie sprawa dotyczy prawników. Faktycznie - jest ważna dla wszystkich, całego tzw. społeczeństwa obywatelskiego. Bo nie chodzi tylko o to, że prezes Sądu Najwyższego nie wszczął procedury udostępniania informacji publicznej jakiemuś wydawnictwu. Chodzi o to, że organ publiczny, nie może takiej procedury nie wszcząć. Także w innych przypadkach. Takie orzeczenie daje broń do ręki wszystkim osobom, czy organizacjom walczącym z władzą publiczną.

Czy to precedens? Nie do końca - NSA w przeszłości zajmował się kwestiami dostępu do informacji publicznej. Z reguły rozstrzygnięcia zmierzają do ujawniania jak największej liczby informacji. Jednak orzeczenia związane z Sądem Najwyższym maja szczególne znaczenie.

Pokazują bowiem, że zasady jawności dotyczą wszystkich instytucji publicznych, że na żadnym poziomie władzy publicznej nie można omijać zasady przejrzystości działania.
Nikt nie twierdzi, że między SN, a prywatnym wydawnictwem istnieje jakikolwiek patologiczny układ. Rzecz w tym, ze nawet jeśli układ jest najczystszy z możliwych to trzeba to pokazać. I dotyczy to tak samo najmniejszej gminy, jak też Sądu najwyższego.

Zupełnie innym problemem jest to, jak i kiedy uda się orzeczenia NSA wyegzekwować. Załóżmy jednak, że SN do prawa i orzeczenia podejdzie z należytym szacunkiem.

czwartek, 06 września 2012
O czym nie mówią w Krynicy? O deregulacjach...

Czytam sporo tekstów o Forum Ekonomicznym w Krynicy. I w "rodzimym" serwisie wyborcza.biz (zobacz relację z Krynicy) i w innych mediach. I dramatycznie brakuje w krynickich dyskusjach jednego wątku. A mianowicie nic nie mówi się o europejskiej i polskiej biurokracji, a także poziomie prawa i ich wpływie na działalność firm w czasie kryzysu.

Poniekąd rozumiem, że sposób dyskusji o kryzysie finansowym narzucili finansiści - "walka" z kryzysem analizowana jest głównie przez pryzmat tego czy FED i EBC dodrukują, czy nie dodrukują odpowiednio wysoką górkę pieniędzy (słowa "dodruk" używam oczywiście w przenośni, dziś "dodruk" odbywa się na poziomie dopisywania zer w systemach informatycznych, a nie przez fizyczny druk banknotów).

Nawet Janusz Lewandowski, którego osobiście lubię i cenię sprowadza sprawę do poziomu dyskusji o roli EBC i banków. A to niestety za mało. Zamiast mówić o oddawaniu kolejnej części suwerenności przez państwa, może by porozmawiać o poluzowaniu rygorystycznych, europejskich zasad prowadzenia biznesu? Tymczasem szacowny komisarz nie mówi o konkurencyjności, nie mówi o strategii lizbońskiej. O niej zresztą nikt nie mówi, bo dziś opowieści jaką to wolną i konkurencyjna gospodarkę ma mieć Europa nie są w modzie.
A główną bolączką europejskiej gospodarki jest nie tyle stan systemu bankowego, co raczej spadająca konkurencyjność. Trudno rywalizować kosztowo z Chinami, ale tez coraz trudniej rywalizować na innych polach. Europa w porównaniu z Azją, czy USA jest jak ospały moloch. Czekający na dawkę karmy z EBC.
Nie mam jakiegoś wielkiego poczucia przełomu, gdy czytam kolejne relacje z Krynicy, a równocześnie pojawiają się propozycje, praktycznie już pewne, absurdalnych rozwiązań związanych z parytetami w UE. Czemu absurdalnych? Nie dlatego, że nie cenię kobiet, ale dlatego, że nie lubię "kasty złotych spódniczek". Bo parytety działają tak: ta sama grupa pań co do tej pory, obsadza więcej stanowisk. Nie ma awansu dla młodych i wykształconych. Te, które już są na szczycie, zgarniają więcej posad. I tworzą wspomnianą "kastę".

Zamiast tego co wrzucają mi media poczytałbym o:

- projekcie ogólnoeuropejskiej deregulacji

- drastycznej redukcji liczby unijnych urzędników

- drastycznej redukcji liczby unijnych dyrektyw i innych pouczeń

- uproszczeniach prawnych dla firm

- o realnym wprowadzeniu przez polski rząd zasady UE + 0 (zero:), czyli żadnych więcej przepisów niż wymaga Unia. Oczywiście - Unia po deregulacji

- hitem Krynicy byłaby budżetowa zapowiedź, że urzędnicy w Polsce stracą "trzynastki"...

Zamiast tego maglujemy sprawy rytualne - podatki, "dodruk", wzmacnianie Unii. I patrzenie na gospodarkę przez pryzmat banków.

W kryzysie na gospodarkę powinno się patrzeć przez pryzmat przedsiębiorcy. No, ale urzędnik i bankowiec na to nie pozwolą...

Fot.: Maciej Świerczyński/Agencja Gazeta

czwartek, 30 sierpnia 2012
Sprawa Amber Gold. Państwo zawiodło więc potrzebuje więcej uprawnień...

To co napisałem w tytule, to najkrótsza recenzja wystąpienia Jacka Rostowskiego, ministra finansów w Sejmie. Tym razem minister Rostowski opowiadał o działaniach aparatu skarbowego w sprawie Amber Gold. Informacje o skuteczności działań skarbówki padały na przemian z informacjami o zmianach personalnych, więc nie będę dalej tego wątku analizował. Bo z mojego punktu widzenia usłyszałem rzeczy ciekawsze...

Relacja wystąpienia:

http://wyborcza.biz/biznes/1,100896,12390518,Pomysly_Rostowskiego_na_firmy_amberopodobne.html

 Ciekawsze mianowicie były wnioski ministra. Dowodzą one głównie tego, że obecny rząd ma niepełną wizję tego, co wydarzyło się w sprawie Amber Gold. Otóż propozycje ministra są następujące:

PROPOZYCJA: nadanie Komisji Nadzoru Finansowego uprawnień do żądania informacji od podmiotów spoza sektora bankowego, np. w trybie postępowania wyjaśniającego, co do których istnieje podejrzenie, że prowadzą działalność para-bankową.

KOMENTARZ: WARUNKOWO POPIERAM. Warunek jest taki: aby wyjaśniać te sprawy, gdzie działanie para-bankowe jest przynajmniej uprawdopodobnione, a nie wszystkie spółki na rynku...


PROPOZYCJA: dodatkowo w przyszłości KNF będzie informować Prokuraturę Generalną, a także CBA, ABW i Generalnego Inspektora Kontroli Skarbowej o złożeniu zawiadomienia do prokuratury

KOMENTARZ: A wyżej wymienione służby mają pilnować prokuratury? Ten pomysł jest chybiony. To prokuratura powinna uruchamiać stosowne służby, jak sprawę uzna za poważną. Nie mnóżmy wysyłanej korespondencji. Raczej pilnujmy jakości pracy prokuratury...

 

PROPOZYCJA: powołanie zespołu koordynującego działania służb i instytucji w zakresie przestępczości finansowej i gospodarczej w celu lepszej wymiany informacji między instytucjami centralnymi odpowiedzialnymi za funkcjonowanie rynku finansowego oraz zwalczającymi przestępstwa gospodarcze

KOMENTARZ: kolejne gremium, kolejne spotkania, a może nawet kolejny etacik... Nie mnóżmy bytów! Skutecznie dajmy działać tym służbom, które już mamy...

PROPOZYCJA: rozszerzenie uprawnień kontroli skarbowej na wszystkie przestępstwa finansowe na dużą skalę i rozszerzeniem zadań Generalnego Inspektora Informacji Finansowej

KOMENTARZ: państwo zawaliło, państwo chce nowych uprawnień. Nie, nie dawajmy dodatkowych uprawnień kontroli skarbowej. Raczej pilnujmy, czy prokuratura rzetelnie wykonuje swoja pracę gdy wpływają zawiadomienia z KNF...

 

PROPOZYCJA: rozszerzenie prowadzonych dotychczas szkoleń dla sędziów i prokuratorów poświęconych rynkowi finansowemu i przestępstwom na nim dokonywanym, zwłaszcza piramidom finansowym.

KOMENTARZ: tak, tak, tak... Ale bez „zwłaszcza piramidom finansowym”. Bo życie przyniesie inne patologie, których nie rozpozna prokurator i sędzia...

 Czemu te propozycje dowodzą niepełnego obrazu rządu w sprawie Amber Gold? Bo sprowadzają się do nowych uprawnień, większej kontroli, formalnego gremium. A to jest niepotrzebne. Trzeba raczej w trybie nadzoru pilnować pracy prokuratorów. Trzeba wypracowywać na każdym poziomie naturalne kontakty między służbami np. skarbowymi i prokuratorskimi. Kolejne gremium i przepisy „na górze” nie pomogą, gdy „na dole” dominuje rutyna. I tą myśl polecam uwadze Pana Ministra...



poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Policjant, prawo, wnioski... Czy brak wniosków.

Niniejszy wpis jest zapewne dowodem (ostatecznym) na moją życiową naiwność. Ale może dlatego jest potrzebny. Otóż przeczytałem ciekawą rozmowę z policjantami. Temat - system karania polskich rowerzystów za jazdę po piwku, dwóch, trzech...

Całą rozmowę można przeczytać w portalu gazeta.pl http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,117915,12314741,Policjanci_nekaja_rowerzystow__KGP__Nie_ma_zadnej.html

Nie zamierzałem dyskutować z policyjnymi tezami o rowerzystach - sam na jednośladzie spędzam masę czasu, więc byłaby to polemika dotycząca mnie osobiści. Pomijając fakt, że nie piję alkoholu, gdy mam wyjść na rower.

Jest jednak w tej rozmowie pewien watek, który mnie osobiście bardzo zaniepokoił. Zupełnie marginalny, na końcu tekstu. Brzmi on tak:

Sami jeździcie panowie na rowerach, jakie jest wasze prywatne zdanie na temat polskiego radykalnego prawa dotyczącego karania pijanych cyklistów?

Krzysztof Hajdas: Jako policjant mam obowiązek egzekwować prawo. 

I tu się jednak zaczynam bać i chcę z p. Hajdasem podyskutować. Nie, nie zamierzam manipulować emocjami i pytać, czy w stanie wojennym, przy drakońskich przepisach np. pozwalających strzelać do manifestujących, istnieje abstrakcyjny obowiązek ”egzekwowania prawa”. Sprawa jest dla mnie oczywista. I przyznaję, ze byłaby to manipulacja. Nie będę rozwijał pojawiających się w sieci złośliwości - łatwiej łapać za 3 g trawki, niż wyjaśnić sprawę Amber Gold. Nie chcę sprawy sprowadzać do absurdu, tym bardziej że większość policjantów to ciężko pracujący, uczciwi ludzie. A jednak postawa Krzysztofa Hajdasa budzi mój niepokój.

Otóż mam wrażenie, ze policjant nie ma być ślepcem. W znaczeniu etycznym oczywiście. Nie powinien posługiwać się ogólnikiem ”takie jest prawo, my je wykonujemy” - do tego bowiem sprowadza się wypowiedź policjanta.

Czy zatem policjant ma lekceważyć prawo? Nie. Ale nie ma pozostawać ślepy na skutki tego prawa. Musi mieć świadomość jak działa prawo i co się dzieje w efekcie jego stosowania. O co mi tak naprawdę chodzi? Chciałbym od p. Krzysztofa usłyszeć, że ”... po analizie przepisów i konkretnych przypadków Komenda Główna Policji wystąpiła do sejmowej komisji XXX (tu pada odpowiednia nazwa np. legislacyjnej) z informacją o skutkach społecznych działania ustawy”. Niestety, nic takiego nie słyszę.
Chciałbym dowiedzieć się, że ”Komenda Główna Policji wraz z resortem spraw wewnętrznych analizują sytuację”. W takim przypadku chciałbym usłyszeć cokolwiek innego niż uwagi o obowiązku przestrzegania prawa. Co więcej, byłbym gotowy znieść odrobinę pustosłowia: ”analizujemy”, ”oceniamy”, ”dyskutujemy”. Bo to dawałoby nadzieję na jakąkolwiek zmianę.
Co więcej - taki zapis sugerowałby, ze policja prowadzi jakakolwiek świadomą analizę prawa, które stosuje, że istnieje system ”wczesnego ostrzegania” przed absurdami prawnymi, czy choćby nieprawidłowościami w stosowaniu prawa.

Niestety, niczego takiego w tekście nie znalazłem. A jako wspomniany naiwniak, na coś takiego liczyłem. Widocznie, jeszcze nie teraz.

 

Fot. Krzyś Miller/Agencja Gazeta

Fot. Krzyś Miller/Agencja Gazeta

piątek, 17 sierpnia 2012
Jest zakaz, będzie biznes - czyli obrzydliwe zdjęcia na papierosach

W środku kryzysu pojawiło się światełko nadziei na nowy biznes. Nie będzie może to działalność warta miliardy euro, czy USD, ale zawsze nowa okazja do zarobienia kilku groszy się nadarzy.

Gdzie ten nowy biznes? Otóż media doniosły, że australijscy biurokraci postanowili nakazać drukowanie na opakowaniach papierosów „odstraszających zdjęć” pokazujących jak będą wyglądały nasze płuca, wargi lub inne organy po długotrwałym paleniu papierosów. Zdjęcia są nadrealistyczne, wręcz obrzydliwe. Tak obrzydliwe, że nie chce się na nie patrzeć, ale palaczom zapewne to nie przeszkodzi w delektowaniu się smrodkiem tlącego się tytoniu (tak, tak - sam jestem niepalący i generalnie wróg palenia). Paczki w dotychczasowej formie graficznej będą zakazane.

Więcej o zakazie: http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,12319753,Restrykcje_na_przemysl_tytoniowy.html

Na wieść o australijskim zakazie ożywiły się nasze lokalne „środowiska antynikotynowe”. W wypowiedziach dominuje pełna aprobata dla nakazu takich brutalnych oznaczeń. Myśl przewodnia nie podlega dyskusji - trzeba spróbować to rozwiązanie wdrożyć w Polsce.

Czy to ma sens? Zapewne nie. Ale jak wspomniałem w tytule będzie okazja do uruchomienia drobnego biznesu. Trzeba się jednak sprężyć, bo biznes raczkuje już teraz, czyli jeszcze przed wprowadzeniem obrzydliwych zdjęć. A mianowicie ten biznes to produkcja... osłonek na paczki papierosów. Ot, choćby takie jak na zdjęciu. Już teraz dostępne. Ciekawa kolorystyka, ciekawy, że tak się wyrażę, „design”. (zdjęcie pochodzi z serwisu www.trober-polska.pl).

Opakowania na papierosy. Biznes będzie rozkwitał?

Nic tylko kupować... Szczególnie jeśli opakowanie zasłoni „edukacyjną w treści”, a obrzydliwą w formie oryginalną paczkę papierosów.

Jaki więc będzie efekt nowej regulacji? Kilka osób nieco zarobi (ale jak pisałem - biznes nie jest miliardowy), kilku urzędników będzie usatysfakcjonowanych, ale... tradycyjnie nic się nie zmieni. Bo zmienić się nie może. Straszenie palaczy nie spowoduje większych efektów poza ich stresem... A na stres, będą musieli zapalić.

Aby jednak nie tylko krytykować. Co zrobić? Nie drukować na opakowaniach obrzydliwych zdjęć, ale na przykład... ciekawostki. Jakiego typu? Ot, choćby takie: „Czy wiesz, że wypalenie tej paczki papierosów to tak, jakbyś na 1 minutę oddychał spalinami z silnika o pojemności 1,8 litra...” Nie wiem, czy taka akurat treść jest do końca prawdziwa. Ale sądzę, że byłaby bardziej przemawiająca do wyobraźni niż koszmarne, ale zasłonięte zdjęcia... Ale wtedy, nie byłoby biznesu z osłonkami. Tak źle, i tak niedobrze.

poniedziałek, 05 marca 2012
Uwalniać zawody, uwalniać jak najszybciej...

Dyskusja o zaproponowanym otwarciu ok. 50 zawodów pokazuje, jak mało rozumiemy z zakresu swobody gospodarczej. Dyskusja o liberalizacji przepisów została bowiem zdominowana przez przeciwników tej zmiany. Problem w tym, ze używane przez nich argumenty trudno uznać za rzeczowe. Zobaczmy o czym mówią przeciwnicy liberalizacji:

1. ”Myśmy zapłacili, niech kolejni tez płacą”. Argument najczęściej słyszany od taksówkarzy, którzy w przeszłości płacili za koncesje. Prawdziwy, ale nie do końca intelektualnie uczciwy. Faktycznie, nowy taksówkarz pewnych opłat nie poniesie, teoretycznie od początku jest ”na plusie”. Ale tylko teoretycznie, bo wchodzi na rynek, na którym już działają tysiące kierowców, dziesiątki korporacji. Młodemu ciężko będzie się przebić. Dlatego trzeba powiedzieć jasno - każdy taksówkarz który w przeszłości zapłacił za koncesję, dziś na przewagę rynkową na młodymi konkurentami. To, czy z niej skorzysta - zależy od jego obrotności.

2. ”Spadnie jakość świadczonych usług”. Ten argument także często słychać. Ale jakoś się tego nie obawiam. Podstawą sukcesu w gospodarce jest rzetelne świadczenie usług (lub rzetelna produkcja) i konkurowanie z innymi - cena i jakością. Żaden wchodzący na rynek przedsiębiorca nie pozwoli sobie na ”zawalanie pracy”. Bo natychmiast wypadnie z rynku i ”otwarcie zawodu” w niczym mu nie pomoże.

3. ”W zawodzie znajdą się osoby przypadkowe, bez kwalifikacji”. Argument często podnoszony przez np. pośredników nieruchomości. Po pierwsze - każdy może próbować. A po drugie - ważniejsze - zwróćmy uwagę na coś innego. Często w biurach pośredników nieruchomości pracują osoby bez ”niezbędnego wykształcenia”. I doskonale wywiązują się z zadań realizowanych ”w imieniu i na rachunek” szefa z uprawnieniami. Może czas to zmienić?

4. ”Będzie wojna cenowa”. I tu się zgadzam, a może inaczej - mam nadzieję, że będzie wojna cenowa... I będzie taniej.

5. ”Zrównane będą osoby o różnych umiejętnościach”. I z tym się nie zgadzam. Takiemu zjawisku łatwo zapobiec, ale... Trzeba chcieć i zmienić podejście do rynku. Samorządy zawodowe powinny przestać bronić dostępu do zawodów. Powinny mocniej natomiast akcentować jakość usług, relacje z klientami. Zamiast ograniczać liczbę pośredników nieruchomości sprawić, by ci lepsi posiadali certyfikaty jakości, a ci słabsi - nie posiadali. By lepsi - faktycznie górowali wykształceniem i kwalifikacjami. Można to mierzyć liczbą nagród branżowych, certyfikatów, dyplomów, zaliczonych szkoleń. Można w poszczególnych branżach ”ścigać się jakością” a nie blokowaniem wejścia do zawodu. Na rynku wygrają ci lepsi. Gdy ktoś kupuje mieszkanie warte setki tysięcy złotych nie będzie ryzykował ”przypadkowego” pośrednika. Jakość się obroni...

wtorek, 28 lutego 2012
ZUS przegrał w Trybunale. Bo przegrać musiał...

Trybunał Konstytucyjny zajął się kwestia banalną, a mianowicie odpowiedzią na pytanie czy instytucja państwowa ponosi odpowiedzialność za swoje działania. Orzeczenie było takie jak być powinno. Odpowiada w pełnym zakresie. Sprawa wygląda więc na podwójnie banalną - śmieszne wręcz pytanie i jedyna możliwa odpowiedź. Problem w tym, ze sprawa banalna nie jest, bo dotyczy ZUS i odpowiedzialności za wydawane decyzje. A jak wiadomo decyzje wydawane przez ZUS decydują nie tylko o jakości życia emerytów/rencistów, ale często w ogóle o możliwości przeżycia ww. Sprawa jest zatem poważna. Ale jest też problem - bo ZUS był ”nieodpowiedzialny”, tzn. nie był związany swoimi decyzjami. Efekt? Przyznawał emeryturę, odbierał ją. Żonglerka ludzkimi losami. Przy czym do samego ZUS i jego urzędników mam umiarkowane pretensje. Dużo większy żal mam do polityków którzy takie absurdalne przepisy uchwalali. Na szczęście dla emerytów (ale i dla nas wszystkich, jako potencjalnych emerytów) przepisy uchylił Trybunał Konstytucyjny. Szkoda, że tak późno, dobrze, że jednak...

Czy będzie to nauczka dla polityków stanowiących prawo? Zapewne nie. Bo tendencję do absurdalnego ”wzmacniania” państwa kosztem obywateli widać na każdym kroku. Nawet tam, gdy łamie to podstawowe zasady prawa. Taka kultura (?) polityczna...

 

Więcej o sprawie http://wyborcza.biz/Emerytura/1,124711,11249151,Koniec_z_odbieraniem_rent_i_emerytur_przez_ZUS.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Wyborcza_biz

czwartek, 22 grudnia 2011
Przetarg i prezydencja, czyli pieniądze trzeba wydać przed końcem roku

Koniec roku to dla biurokraty kluczowy moment. Chodzi o... wydawanie pieniędzy. Gazeta Prawna właśnie opisała, jak MSW ogłosiło przetarg na 55 komputerów do "obsługi polskiej prezydencji".

http://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/578303,msw_w_grudniu_zaczelo_przetarg_na_prezydencje.html

Komputery mają być dostarczone 30 grudnia, prezydencja kończy się 31 grudnia. Można się pośmiać, można pomarzyć, że wyjaśnieniem tej sprawy zajmie się prokuratura (ale tylko pomarzyć), a przynajmniej jakaś kontrola wewnętrzna. Szczytem marzeń wydaje się unieważnienie tego kuriozalnego przetargu, ale jakoś nie ma we mnie wiary, że urzędnik cokolwiek sobie od ust (w przenośni) odejmie.

To absurdalne ogłoszenie pokazuje jednak inną, głęboką patologię systemu panującego w naszym kraju. Jest nią "przymus wydawania pieniędzy" przed 31 grudnia. Wiadomo - zabudżetowane pieniądze trzeba wydać do końca roku. Potem "przepadają" i trzeba realizować nowy budżet. Tak więc pod koniec roku zaczyna się giełda pomysłów - co, jak, gdzie kupić. Niekoniecznie zakupy są obiektywnie potrzebne, ale z całą pewnością trzeba je zrobić. Żeby budżetowe pieniądze nie przepadły.

Mechanizm dotyczy nie tylko MSW, ale wszystkiego co budżetowe. Kilka lat temu rozmawiałem ze znajomą dyrektorką szkoły, która w okresie ferii (między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem) regularnie urządzała "rajd świętego Mikołaja" po sklepach. Kupowała dla swojej szkoły namioty, sprzęt turystyczny, piłki w ilościach ponad standardowych. Po co? "Po co" nie umiała wyjaśnić. Umiała wyjaśnić "dlaczego". A odpowiedź brzmiała: około 20 grudnia dzielono nadwyżki budżetowe "które trzeba wydać do końca roku". A jak trzeba to i wydawała...

Skala wydatków była nieporównywalna z przetargiem na laptopy dla prezydencji. Ale przynajmniej nie udawała, że 31 grudnia organizuje wycieczkę pod namiot połączoną z turniejem piłkarskim.

poniedziałek, 19 grudnia 2011
Kolejny urzędnik? Tak, do walki z urzędnikami i biurokracją...

W Polsce istnieją 2 sposoby rozwiązywania problemów. Pierwszy polega na wprowadzeniu zakazu, a przynajmniej nowego przepisu. Taki zakaz nie musi być specjalnie przemyślany, może być krytykowany przez prawników-praktyków jako oczywiście absurdalny, ale i tak wejdzie w życie. Bo bez wprowadzenia zakazu, bądź nowego przepisu - władza nie udowodni że "pochyliła się nad problemem".

Druga metoda walki z problemami jest mniej restrykcyjna, ale za to bardziej kosztowna. Jest nią mianowicie powołanie urzędu, instytucji, a co najmniej pełnomocnika ds. rozwiązania danej sprawy. Na tej zasadzie Julia Pitera walczyła ostatnie lata z korupcją zastępując/uzupełniając/wspomagając (niepotrzebne skreślić) policję, prokuraturę, CBA, CBŚ, a może nawet ABW.

W walce z biurokracją rząd zapowiada sięgnięcie po pomysł nr 2. Pojawił się bowiem, ogłoszony w związku z pracami rządu, pomysł powołania pełnomocnika rządu ds. deregulacji gospodarczych.

Inicjatywa cenna filozoficznie, ale... No właśnie, "ale" jest co najmniej kilka. Kilka dni temu pisałem o praktycznie przesądzonej likwidacji komisji Przyjazne Państwo. Czy pełnomocnik miałby ją zastąpić? Zapewne nie, bo komisja sejmowa, a rządowy pełnomocnik to dwie absolutnie różne sprawy.

Może zatem pełnomocnik zastąpić miałby wicepremiera, ministra gospodarki Waldemara Pawlaka? Bo to on do tej pory odpowiadał za "deregulacje". Jeśli taki jest plan, to nie wróżę mu powodzenia. Głównie z przyczyn politycznych. Gdy wicepremier, szef partii współrządzącej składał projekty deregulacyjne administracja zawyła ze złości i z ponad 100 propozycji zmian, ostało się zaledwie 30. Jeśli taką samą propozycję złożyłby anonimowy, słabo umocowany pełnomocnik, w życie zapewne weszłoby nie więcej niż 10 zmian...

Ale to nie wszystko. Walka z biurokracją powinna być stanem permanentnym. Każdy minister powinien każdego dnia myśleć - co uprościć, gdzie odpuścić, co ułatwić. Inaczej - marne szanse na zrobienie czegokolwiek z biurokracją. To nie jest zadanie dla jednego pełnomocnika, nawet otoczonego przez wianuszek doradców.

Co więcej - istnieje ryzyko, że po powołaniu pełnomocnika pozostali decydenci przestaną sobie takim drobiazgiem jak "ułatwienia dla biznesu", zawracać głowę. To nie będzie ich zadanie, tylko pełnomocnika...

Jedyny skutek powołania takiego pełnomocnika polegałby na postaniu posady pełnomocnika z posadami towarzyszącymi i - o ile pełnomocnikowi starczyłoby siły woli - na zdefiniowaniu i opisaniu problemu. Powstałby kolejny raport, analiza, czy inny dokument, opisujący ile bezsensownych dokumentów powstaje w naszym kraju. Dlatego nie wiem, czy warto takie stanowisko tworzyć. W gruncie rzeczy - zamiast osłabić, wzmocni ono tylko biurokrację.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8