| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków


Napisz do mnie: artur.kielbasinski@agora.pl


RSS


RSS
środa, 07 stycznia 2015
Ważna jest praktyka, a nie ustawy

Czemu polscy przedsiębiorcy są tak niezadowoleni, skoro tyle się zmienia - zastanawia się wiceminister finansów Izabela Leszczyna. Spróbuję jej pomóc w znalezieniu odpowiedzi na to pytanie.

Pani minister sprawnie zebrała w swoim tekście ułatwienia związane z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Wszystkie te informacje są jak najbardziej prawdziwe. Co więcej - dużą część uwag pani minister o politykach opozycji i ich intencjach podzielam. Ale jednocześnie z kontaktów z przedsiębiorcami wiem, że są oni niezadowoleni, i to coraz bardziej. Skąd taka postawa?

Zacznijmy od względnie obiektywnych danych. Według zestawienia Paying Taxes przygotowanego przez Bank Światowy i firmę PwC nasz kraj jest na 113. miejscu pod względem prostoty płacenia podatków. Na 32 europejskie kraje ujęte w zestawieniu jesteśmy na miejscu 30. (wyprzedzamy tylko Czechy i Bułgarię). To zestawienie to nie wymysły opozycji, ale ranking poważnych instytucji.

Polscy przedsiębiorcy nie narzekają na wysokość podatków. Krytykowane są za to ciągłe zmiany w prawie. Przypomnijmy że tylko ustawa o VAT była nowelizowana niemal 500 razy. Jeszcze większe oburzenie budzą zmiany w interpretacji już obowiązujących przepisów. W minionym roku najostrzejsze bodaj reakcje przedsiębiorców wywołały działania Służby Celnej związane z „nową wizją” stosowania przepisów dotyczących skażania alkoholu, gdy działalność całej branży stanęła pod znakiem zapytania. A działo się tak na podstawie „nowej interpretacji”. I takie działania realnie uderzają w przedsiębiorców.

Przyjrzyjmy się innym kwestiom, które wymienia pani minister. Ograniczenie kontroli w firmach? Teoretycznie dobry ruch. Niestety, znowu mamy kłopot z praktyką. Przykład: działania skarbówki w firmie nie podlegają - zdaniem resortu - definicji kontroli. Urzędnik skarbowy nie kontroluje, ale „ustala wysokość zobowiązania podatkowego”. Oznacza to, że ograniczenia kontrolne nie obejmują tych działań. Co więcej, w Sejmie już jest projekt (poselski), aby ograniczenia kontrolne nie obejmowały też działań PIP.

Co dalej? Zmiany w płaceniu VAT i metoda kasowa. Znakomity ruch, przyznaję. Chodzi o to, że wszystkie procedury zbiurokratyzowano tak, że część małych firm wycenia, iż nie opłaca się im występować o odroczenie płatności VAT, bo wymaga to dodatkowej pracy.

Rozliczanie VAT od zakupu samochodów - nowe, pozornie lepsze zasady dla firm. Ale znowu - wymagające ogromu biurokracji. A kary za wykorzystanie samochodu służbowego w celu prywatnym - drakońskie, nawet 16 mln zł.

Skrócenie przedawnienia w ZUS? Bardzo dobry ruch. Tylko proszę się zastanowić, czemu przez dwa miesiące straszono ostatnio przedsiębiorców, że w nowej ordynacji podatkowej do 10 lat wydłuży się czas przedawnienia zobowiązań podatkowych. Ostatecznie projekt upadł, ale wywołał ogromny niepokój wśród firm.

Oświadczenia, sprawozdawczość, rejestracja działalności - to wszystko są ważne zmiany. Ale one nie zmieniają faktu, że ostatnie lata przyniosły ogromne nasilenie aktywności kontrolnej ze strony służb skarbowych. Gdy na skutek błędnej decyzji podniesiono w 2011 r. VAT, przyczyniając się do spadku konsumpcji (przypomnijmy - realnie przychody z tego podatku spadły po podwyżce stawek), zareagowano szeregiem agresywnych kontroli. Tak samo wygląda sprawa przychodów z akcyzy od alkoholu i tytoniu. Taka praktyka ma większe reperkusje - niestety negatywne - niż liczne, ale względnie niewielkie zmiany ułatwiające prowadzenie firmy.

Państwo zbyt wolno reagowało też na oczywiste patologie. Z opóźnieniem wprowadzano oczywiste rozwiązania, jak np. odwrócony VAT, mające przyczynić się do ograniczenia wyłudzeń tego podatku. Przez lata tolerowano przetargi oparte na kryterium najniższej ceny - mające negatywny wpływ na jakość zamówień, rynek pracy, sytuację biznesu.

I jeszcze jedna kwestia - leżąca oczywiście poza zasięgiem pani działania - regularnie jesteśmy świadkami „cyfrowych” kłopotów naszego państwa. Wybory samorządowe, system ewidencji pojazdów, brak elektronicznego dowodu osobistego, brak karty ubezpieczenia zdrowotnego - to wszystko są okoliczności obciążające państwo, a uderzające w polski biznes, w łatwość jego prowadzenia. Akurat sfera podatkowa e-państwa działa najlepiej, ale pozostałe zbierają fatalne recenzje. I przekładają się na praktykę prowadzenia biznesu.

Tak więc szanowna pani minister - nie kwestionując ogromu zmian, jakie następują w Polsce, sugeruję odpowiedzi na rzekome „narzekactwo” szukać w praktyce prowadzenia biznesu w naszym kraju, a nie tylko w ustawowych zapisach. Bo właśnie w sferze praktyki mamy najwięcej do poprawy.

piątek, 02 stycznia 2015
Urzędnik w Warszawie ma zarabiać więcej? Niby dlaczego?

Czy urzędnicy w wielkich miastach powinni zarabiać więcej niż w małych? Przekonuje do tego Jeremi Mordasewicz, ekspert Lewiatana. Choć Pana Jeremiego bardzo cenię, uważam, że absolutnie pobłądził.

W „Wyborczej” Leszek Kostrzewski i Piotr Miączyński opisali pomysł, aby urzędnicy w wielkich miastach zarabiali więcej niż w małych. Powód - rynek pracy - w wielkich ośrodkach jest większa konkurencja na rynku pracy i trudniej pozyskać specjalistów. Prawdę powiedziawszy ta argumentacja do mnie nie trafia.

Uważam, że można dopuścić zróżnicowanie płac na tych samych stanowiskach. Ale kryterium nie może być miejsce pracy, ale efektywność danego urzędnika. Pracujesz szybko, twoje decyzje nie są uchylane? Zarobisz więcej. I nie powinno tu mieć znaczenia, czy pracujesz w wielkim mieście czy małym ośrodku. Tego argumentu w rozumowaniu Jeremiego Mordasewicza mi zabrakło.

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego nie podoba mi się ten pomysł. Otóż opiera się on na założeniu, że państwo musi zatrudniać urzędników w wielkich miastach, że ZUS, skarbówka czy inny organ administracji musi rywalizować o urzędników na rynku warszawskim, śląskim czy wrocławskim. A to nieprawda. Potrafię wyobrazić sobie urząd (np. ZUS), który w Warszawie ma tylko urzędników skierowanych do obsługi petentów. A wszystkie funkcje „centralne” - analitycy, programiści td. - pracują w Lublinie, Olsztynie czy Skierniewicach. Tam wynagrodzenia - mało atrakcyjne z punktu widzenia warszawiaka - będą sporym atutem.

Urzędy mają tego świadomość. Jak piszą Miączyński i Kostrzewski ZUS już sięga po takie rozwiązania. „Przykładem jest Centrum Obsługi Telefonicznej, które ulokowano w Grudziądzu, Miastku, Węgrowie i Mińsku Mazowieckim”. Takiemu planowi można przyklasnąć i powiedzieć wszystkim urzędom - więcej, szybciej, szerzej. Nie rekrutujecie pracowników w stolicy, nie znajdujecie tu specjalistów - poszukajcie ich w innych miastach, tam znajdziecie młodych, wykształconych, gotowych do pracy lub... emigracji. Tam każde 100 miejsc pracy ma specjalne znaczenie dla lokalnego rynku. W Warszawie to 100 miejsc pracy jest niezauważalne. Skończmy z wizją Polski scentralizowanej w Warszawie, a urzędy powinny być awangardą w tym procesie.

Mam głębokie przekonanie, że gdyby przenieść resort Infrastruktury i Rozwoju do Łodzi i kazać warszawiakom jeździć pociągami do Łodzi opowieści o remontach, ciągnących się pracach i spóźnionych pociągach robiły na urzędnikach większe wrażenie. Proszę mi uwierzyć - z perspektywy Warszawy widać mniej problemów, którymi realnie żyje cały kraj. Wysłanie urzędników „na prowincję” może więc dużo zmienić. Na lepsze.

Przy okazji - nie zgadzam się z prostym porównaniem, że koszty życia są dużo większe w Warszawie lub innych aglomeracjach niż w średnich miastach. Energia, gaz, podatki - są takie same. Ceny w sklepach uzależnione są od konkurencji - są markety i dyskonty, są przeceny. W niektórych małych miejscowościach konkurencja jest bardzo mała - tam ceny są zadziwiająco wysokie. Ale to wymaga osobnej, głębokiej analizy. 

niedziela, 28 grudnia 2014
Urzędnicy kochają obowiązek meldunkowy. Niestety, to zły sposób myślenia

Komitet Stały Rady Ministrów uznał, że obowiązek meldunkowy nie powinien być znoszony. Państwo i urzędy nawet nie kryją się już, że idą na łatwiznę.

Plan pozostawienia obowiązku meldunkowego to wielka porażka obywateli i sukces administracji. Bo ten obowiązek powinien być zniesiony dawno jako relikt realnego socjalizmu. Zamiast procedury administracyjnej związanej z meldunkiem obywatel powinien posługiwać się w kontaktach z urzędami „miejscem zamieszkania” rozumianym jako zadeklarowany adres pobytu, a nie efekt administracyjnego zapisu. Co więcej - ów deklarowane adres może być całkowicie oderwany od tytułu prawnego do lokalu.

Powiedzmy szczerze - taka możliwość, to żadne novum, od lat w kontaktach z urzędami skarbowymi Polacy deklarują właśnie adres zamieszkania, a nie zameldowania. I nie ma żadnych dramatycznych wypadków związanych z tymi deklaracjami. Każdy uczciwy człowiek podaje realne miejsce swojego pobytu.

Skąd więc opór przed takim rozwiązaniem? To kwestia urzędniczej (ale często też wielko-korporacyjnej) mentalności - adres zameldowania tworzy wygodną fikcję. Nie muszę szukać petenta, nie muszę wyjść zza biurka - wysyłam pismo na adres zameldowania. Nie ważne, że często bez sensu - sam fakt istnienia meldunku zwalnia urzędnika z jakiejkolwiek innej aktywności w poszukiwaniu interesanta. Tymczasem fakt zameldowania w jakimś miejscu przed laty często nie odpowiada rzeczywistości. Co więcej - w dzisiejszych czasach meldunek bywa fikcją ze swojej natury. Bo gdzie ma się zameldować osoba korzystająca z kilku mieszkań czy domów w różnych miejscach kraju czy nawet świata. To jej deklaracja i fakt odbierania korespondencji powinien być wyznacznikiem miejsca gdzie mieszka, a nie urzędniczy meldunek. Czy meldunek długoletniego emigranta w ostatnim miejscu pobytu w Polsce ma jakąkolwiek wartość?

Czy urzędy i firmy powinny przyjmować na wiarę nasze deklaracje odnośnie miejsca zamieszkania? Niekoniecznie, ale mają one setki innych możliwości weryfikowania naszego miejsca zamieszkania. Przed laty pracownica telekomu zapytała mnie, czy mogę pokazać opłacony rachunek na moje nazwisko związany z dostawą jakiejś komunalnej usługi. Mogłem, pokazałem opłacony rachunek za wodę. Ten rachunek był ważniejszy od miejsca zameldowania. Bo to nie wpis w urzędowym rejestrze, ale opłacanie rachunku stanowił o mojej wiarygodności. Oczywiście, pracownica telekomu wykorzystała wykonana wcześniej pracę przez pracowników firmy wodociągowej. Aby zawrzeć umowę na dostawy wody musiałem pokazać odpis z księgi wieczystej. Ale mój adres zameldowania nie był do niczego potrzebny.

Urzędnik ma jeszcze więcej możliwości sprawdzenia, gdzie faktycznie mieszkamy. Istnieje baza podatników, płacimy opłaty śmieciowe, występujemy o decyzje administracyjne, musimy rejestrować samochody, opłacać ich ubezpieczenie. Pracodawcy zgłaszają nas do ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego. W tych wszystkich przypadkach w interesie obywatela jest podawanie prawdziwych danych. Płacimy podatki i opłaty lokalne, podpisujemy umowy ze spółdzielniami mieszkaniowymi, sieciami kablowymi, bankami. To gigantyczna baza wiedzy pozwalająca nie tylko ustalić, gdzie kto mieszka, ale też jaka jest jego wiarygodność np. płatnicza.

Oczywiście to wszystko jest realne pod jednym warunkiem - urzędnik czy np. pracownik banku musi mieć świadomość, że podawany adres zamieszkania trzeba zweryfikować. Dziś obowiązek meldunkowy tworzy fikcję, że „wszystko wiadomo”. Tą fikcję trzeba odrzucić, po to by bardziej docenić wiarygodność rzetelnych obywateli.

Likwidacja meldunku sprawiłaby, że wiarygodność uczciwych podatników czy klientów stałaby się przepustką do kolejnych kredytów, zakupów, umów. Zapis w bazie danych (np. BIK) o niepewnym adresie danej osoby, zamykałby dostęp do takich możliwości. W nowym systemie urzędnik bankowy zastanowi się 10 razy zanim udzieli pożyczki w 15 minut, „tylko na dowód”. Bo najpierw będzie musiał rzetelnie sprawdzić gdzie realnie mieszka osoba, która się o taką pożyczkę ubiega. Inaczej będzie pracował telekom czy inny dostawca masowych usług wiedząc, że adres klienta trzeba zweryfikować, bo komornik „odbije się potem od drzwi” z powodu niezweryfikowanego adresu. Skończy się seryjne podpisywanie umów z każdym klientem który się zjawi po „chwilówkę”. To kłopot dla branży, ale obowiązek ostrzejszej weryfikacji klientów w wielu przypadkach może być ozdrowieńczy.

Czemu więc państwo boi się likwidacji meldunku? Ta decyzja to tak naprawdę przykrywanie nieudolności państwa w budowaniu e-administracji, ujednolicaniu baz danych, tworzeniu nowoczesnej administracji. Bez tych narzędzi trudno mówić o szybkiej analizie danych. Więc lepiej utrzymywać wygodną dla urzędników fikcję meldunkową. To zły kierunek myślenia.

wtorek, 18 lutego 2014
Za szybko, za tanio, za ryzykownie - prawo leży na drodze

Tuż przed weekendem opublikowany został ciekawy dokument. Firma konsultingowa EY przeprowadziła analizę polskiego rynku infrastruktury drogowej. Analizę zamówił Polski Związek Pracodawców Budownictwa. Wynika z niej, że kłopoty firm budowlanych czy problemy z terminową realizacją kontraktów wynikają m.in. ze złej organizacji zamówień publicznych. Co zatem piszczy w drogowych przepisach i praktyce?

Po pierwsze, Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie weryfikowała wiarygodności startujących w przetargach firm. „Mało restrykcyjne zapisy prawa zamówień publicznych oraz praktyki GDDKiA doprowadziły do tego, że do przetargów dopuszczane były podmioty, które (...) nie potrafiły prawidłowo zidentyfikować i ocenić ryzyka związanego z realizacją dużych projektów budowlanych. W konsekwencji ceny proponowane przez te podmioty były istotnie niższe niż w przypadku podmiotów, które dokonywały rzetelnej wyceny ryzyka” - napisano w raporcie.

Co to w praktyce oznacza? Że w przetargach wygrywały firmy niewiarygodne, bez doświadczenia. Wygrywały, bo oferowały najniższą cenę.

Zdaniem analityków stosowanie kryterium najniższej ceny odbiło się także na jakości dokumentacji technicznej, a nawet na jakości pracy osób zatrudnianych przy realizacji kontraktów, szczególnie inżynierów.

Czy GDDKiA musiała stosować kryterium najniższej ceny?

Nie, mogła modyfikować warunki przetargu. Natomiast wiadomo, że kryterium ceny jest najłatwiejsze w ocenie i wizerunkowo kreuje urząd jako dbający o publiczne wydatki.

Ale nie tylko to było grzechem organizacyjnym GDDKiA. Analitycy ogromne zastrzeżenia mają do zasad organizacji przetargów. Zarzucają stosowanie „nierealistycznych, oderwanych od praktyk rynkowych harmonogramów realizacji”. Dyrekcja chciała, aby budować szybko. Jak twierdzą analitycy - za szybko.

Inny poważny zarzut to przerzucanie na wykonawcę całego ryzyka związanego z inwestycją. Na firmy nakładano kary umowne nawet wtedy, gdy nie odpowiadały za opóźnienie. Kolejne przerzucone ryzyko dotyczyło cen materiałów budowlanych - inwestor nie godził się na renegocjację umów, nawet jeśli wzrosły znacząco ceny materiałów.

Eksperci skrytykowali także umowy stosowane przez GDDKiA. Były one oparte na wzorcach opracowanych przez organizacje branżowe, ale wprowadzano do nich liczne zmiany. Były to zatem „autorskie wzory kontraktów GDDKiA, które wykonawcy muszą szczegółowo studiować w celu dobrego zrozumienia warunków umowy”.

Patologią były też długotrwałe procedury przetargowe. Od dopuszczenia firmy do przetargu do rozstrzygnięcia często mijał... rok.

Oczywiście firmy mogły skarżyć się na warunki umów czy kary umowne do sądów. Ale tu występuje największy kłopot - z terminowością polskich sądów.

Spór o roszczenia związane z budową odcinka autostrady A4 w Małopolsce, który oddano do ruchu w 2002 roku, ostatecznie rozstrzygnął Sąd Najwyższy w roku... 2013. „Zdaniem przedstawicieli wykonawców inwestycji w tej chwili zapadają ostateczne wyroki w sprawach, których przedmiotem sporu są wydarzenia z roku 2005” - czytamy w raporcie.

Inwestycje drogowe w Polsce stały się zatem prawdziwym wyzwaniem. Nie tylko budowlanym, ale też organizacyjno-prawnym. Pytanie o to, czy raport przyczyni się do zmian w prawie i praktyce jego stosowania, jest więc jak najbardziej na miejscu. Bo firmy budowlane nie powinny zajmować się prawnymi analizami i pisaniem pozwów, ale budową dróg. W Polsce do tej pory nie zawsze było to oczywiste.

W poniedziałek, 17 lutego obowiązki szefa GDDKiA przejmuje Ewa Borucka, która dotychczas kierowała katowickim oddziałem GDDKiA.

 

Tekst ukazał się 17 lutego 2014 r. w Gazecie Wyborczej.

Tagi: E&Y gddkia
11:05, artkie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 lutego 2014
500 zł kary za dzień spóźnienia urzędu, czyli pilnujcie definicji

To mnie rozbawiło, ale też ucieszyło. Twój Ruch proponuje, aby za każdy dzień urzędniczego spóźnienia w wydawaniu decyzji, urząd wypłacał petentowi 500 zł kary. 
Pomysł nieco populistyczny, ale ciekawy. Nie ma co się oszukiwać - bez bata finansowego urzędnicy lepiej pracować nie będą.

Ale mam  do przepisów jeden postulat. Opiszcie Panie i Panowie posłowie precyzyjnie - co jest opóźnieniem. Opiszcie to nadzwyczaj dokładnie.

Nie trzeba? Doświadczenie podpowiada, ze warto. Przykład pierwszy z brzegu - w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej wyszczególniono ile może trwać kontrola. 

Zgodnie z tą ustawą czas takiej kontroli nie może przekraczać w skali roku 12 dni roboczych w odniesieniu do mikroprzedsiębiorców, 18 dni roboczych w przypadku małych przedsiębiorców, 24 dni roboczych w przypadku średnich przedsiębiorców oraz 48 dni roboczych w przypadku pozostałych przedsiębiorców. 
I co z tego? Ano nic. Bo urzędy skarbowe stworzyły interpretację przepisów, że działalność inspektora skarbowego w firmie nie jest kontrolą, a jedynie działaniem zmierzającym do ustalenia... czegoś tam. Z reguły wysokości podatku, albo wysokości podstawy opodatkowania. I tak się obchodzi czasowe ograniczenia 'kontroli'. Bo ustalanie wysokości podatku, to rzekomo nie kontrola.

Dlatego trzeba jasno określić - co jest opóźnieniem, a co nie jest. Kiedy wydanie decyzji może być przeciągnięte w czasie, a kiedy nie. Jeśli nie będzie to dokładnie opisane, urzędnicy znajdą jakieś obejście. W końcu, od czegoś są...

http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,15451872,500_zl_kary_za_dzien_opoznienia_urzedu__Dyscyplinowanie.html

wtorek, 04 lutego 2014
Podatki wcale nie są najważniejsze

Minister spraw wewnętrznych, minister finansów i prokurator generalny podpisali porozumienie mające ułatwić walkę z przestępczością gospodarczą. Niewątpliwie - intencja szlachetna, przestępców gospodarczych trzeba - jak mawiał klasyk - „puszczać w skarpetkach”. Tyle tylko, że wcale nie jestem pewien, czy akurat przestępczość gospodarcza jest obecnie najważniejszym problemem.

Statystyki nie kłamią. Komisja Nadzoru Finansowego składa rocznie kilkadziesiąt (!) zawiadomień o popełnieniu przestępstwa. W ostatnich latach spadała liczba wyroków skazujących w sprawach o oszustwa. Czy to oznacza, że problemu nie ma? Jest, i to gigantyczny, ale skupia się w kilku precyzyjnie zdefiniowanych punktach. Od lat przybywa prób wyłudzenia zwrotu podatku VAT, na wielką skalę rosną przestępstwa związane z nieodprowadzaniem akcyzy. W obrocie tytoniem, alkoholem, paliwami szara strefa ma się świetnie. Co więcej, zmienia się charakter wyłudzeń VAT - coraz częściej mamy do czynienia z rozbudowanym procederem - z szeregiem spółek w różnych krajach obracających tym samym towarem, przy czym jedna z nich nie odprowadzi VAT, a pozostałe i tak występują o jego odliczenie. Międzynarodowy charakter działalności utrudnia wykrywanie tego typu przestępstw. To patologie uderzające bezpośrednio w interesy skarbu państwa. I na tym skupiają się urzędnicy podpisujący porozumienie.

Chodzi jednak o to, że na przestępstwach gospodarczych traci nie tylko skarb państwa. Na przestępstwach gospodarczych tracą głównie inni przedsiębiorcy oraz konsumenci. Wyłudzenia to nie tylko kwestia VAT. Z roku na rok rośnie skala wyłudzeń kredytów. Tylko w 2012 r. suma ujawnionych prób wyłudzenia kredytów wynosiła ok. 300 mln zł. Ile wyłudzeń doszło do skutku? To się okaże dopiero w najbliższych latach, gdy kredyty przestaną być spłacane, a dłużnicy „rozpłyną się w powietrzu”.

Dlatego porozumienie między ministrami a prokuraturą to zbyt mało. To ruch mający chronić wyłącznie interesy skarbu państwa. A przecież służby publiczne - od policji po urzędy skarbowe - dysponują już teraz ogromnymi kompetencjami. I ciągle pojawiają się nowe restrykcyjne regulacje - dość wspomnieć o tzw. solidarnej odpowiedzialności za VAT (np. w handlu paliwami), gdy kupujący hurtowe ilości paliwa, mimo że zapłacił już cenę zawierającą VAT, może być drugi raz zmuszony do zapłaty podatku - jeśli sprzedawca okazał się nieuczciwy i podatku nie odprowadził.

Dlatego nie mam specjalnych obaw - państwo da sobie radę. Ale niekoniecznie dadzą sobie radę uczciwi przedsiębiorcy. Bo każdy przestępca gospodarczy uderza głównie w innych ludzi biznesu lub firmy. Gdy próbuje wyłudzić kredyt - uderza w bank i jego klientów. Gdy nie odprowadza podatku VAT - naraża na odpowiedzialność także swoich kontrahentów. Gdy nie płaci podwykonawcom - wyłudza od nich świadczenia i nie płaci za ich wykonanie. Gdy dopuszcza się oszustwa - inne firmy albo konsumenci liczą straty. Przestępcy gospodarczy niszczą zasady uczciwej konkurencji, naruszają zasady „uczciwości kupieckiej”, i podważają zaufanie niezbędne do prowadzenia biznesu. Nad tym, niestety, urzędnicy nie pochylili się wcale. Zajęli się ważnym problemem, ale patrzą na niego tylko z punktu widzenia państwa i jego przychodów. A taka optyka zniekształca obraz sytuacji.

Porozumienie przewiduje uproszczenie dostępu policji do bazy informacji o numerach kont firmowych. To posunięcie słuszne, choć dostęp do takich informacji powinien być precyzyjnie uregulowany ustawowo. Mnie bardziej interesuje, co urzędnicy zamierzają zrobić, aby udrożnić procedury sądowe i egzekucyjne. Ponieważ nie chodzi tylko o to, aby złapać nieuczciwego przedsiębiorcę wyłudzającego VAT, chodzi także o to, aby równie sprawnie prowadzić egzekucję komorniczą na rzecz pokrzywdzonego przedsiębiorcy. Bo dla tego przedsiębiorcy odzyskanie wierzytelności może oznaczać być albo nie być jego firmy. To możliwość wypłaty wynagrodzeń pracownikom, szansa na stworzenie nowych miejsc pracy. To rzeczy równie ważne (a może nawet ważniejsze) jak skuteczna ściągalność podatków. Tymczasem z badań organizacji Lewiatan wynika, że w Polsce sukcesem kończy się co... piąte postępowanie komornicze. Dla funkcjonowania gospodarki to zagrożenie większe niż tiry z przemycanymi papierosami.

Nie sposób też nie odnieść się do zapowiedzi możliwego zwiększenia kar za niektóre typy przestępstw gospodarczych. Tu już widać czysty przedwyborczy populizm. W Polsce na każdy problem rządzący reagują zapowiedzią podniesienia kar. Ale to tylko walka (w dodatku nieskuteczna) ze skutkami poważniejszych problemów.

Zamiast dyskutować o wysokości kar, wolałbym np. debatę o wysokości akcyzy. Być może w ten sposób łatwiej ograniczyć przemyt. Bo pokusa zarobienia milionów zawsze będzie silniejsza niż strach przed karą. A rozsądny poziom akcyzy pozbawi szansy na zarobienie tych „brudnych” milionów. Problem w tym, że to mniej widowiskowe niż opowieści o przestępstwach „białych kołnierzyków” i zapowiedziach surowych kar.

Wpis jest komentarzem zamieszczonym 3 lutego w Gazecie Wyborczej oraz na serwisie wyborcza.biz

wtorek, 21 stycznia 2014
Sprywatyzujmy egzekucję roszczeń. Zacznijmy od alimentów

 

Państwo zamierza przekazać egzekucję należności alimentacyjnych komornikom sądowym w miejsce urzędów skarbowych.

Dlaczego? Powodem są duże koszty połączone z bardzo niską ściągalnością.

- Dotychczasowe ściąganie zobowiązań w trybie administracyjnym nie przynosiło zadowalających rezultatów. Tylko w zeszłym roku koszty postępowania przewyższyły kwotę wyegzekwowanych należności. Dzięki zmianom ściąganie alimentów będzie efektywniejsze - tłumaczy minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz. 

W ostatnich latach tryb zapewniania egzekucji alimentów i wypłacania świadczeń zmieniano kilkakrotnie. Likwidowano Fundusz Alimentacyjny i powoływano jego namiastkę. Przenoszono egzekucję do karbówek, teraz okazuje się to być pomyłką. Wszystko sprowadza się do wspólnego mianownika - państwo z kolejnymi pomysłami sobie nie radzi. Co więcej - pomysły są coraz bardziej dziwaczne - przypomnijmy choćby ten, aby dłużnik alimentacyjny tracił dowód rejestracyjny samochodu i nie mógł nim jeździć… Bo skoro nie ma na alimenty, to czemu ma na paliwo. Równie „odkrywczym” pomysłem jest zamykanie dłużników w zakładach karnych. Pobyt tam faktycznie uniemożliwia zarobkowanie, a dzieci (bo to one najczęściej czekają na alimenty), nie mają z odsiadki żadnego pożytku.

A skoro rząd zmienia prawo, może eksperymentalnie dopuścić ściąganie alimentów przez prywatnych indykatorów? Ci potrafią być skuteczni. Mam opory, gdy sięgają po swoje metody egzekwując pieniądze od klientów drogich firm pożyczkowych. W przypadku tzw. alimencierzy moje opory etyczne znacznie się obniżają (co nie oznacza, ze zanikają zupełnie). Dlatego może warto spróbować… Najwyżej przepisy za kilka miesięcy się zmieni. Co w tej sprawie nie jest niczym nowym. A w znacznie wyższą skuteczność komorników sądowych nad skarbowymi - nie bardzo wierzę.

I na koniec uwaga. Kancelarie komornicze to już teraz faktycznie prywatne biznesy. Oczywiście, działające na podstawie przepisów, naznaczone 'upoważnieniem' państwa. Ale nie zawsze skuteczne (także z przyczyn obiektywnych). Może więc z tymi windykatorami to nie jest taki zły pomysł...

Tagi: alimenty
11:56, artkie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 stycznia 2014
Alkomat w każdym aucie?

Pan premier raczył wprowadzić kolejny obowiązek. A przynajmniej zapowiedział jego wprowadzenie. Od 1 stycznia 2015 r. każdy będzie musiał posiadać w aucie alkomat. Niestety, premier nie wyjaśnił, jak zamierza zmusić kierowców do samokontroli, ani tym bardziej - jak wymusić, aby po pozytywnym wyniku badania (tzn. stwierdzającym obecność alkoholu powyżej normy) ktokolwiek rezygnował z kierowania autem.
Kolejny bzdet biurokratyczny.
Ale żeby nie było tylko w tonie marudnym. Zapowiedź podawania do publicznej wiadomości nazwisk skazanych - popieram.

Grzywna w wysokości 10 tys. po drugim złapaniu - popieram warunkowo. Wolałbym, aby ojciec-alkoholik nie rujnował swojej rodziny takimi grzywnami. Bo taka kara bardziej uderzy w dzieci, niż w pijaka.

Niestety, premier nie raczył ujawnić, czy zrobi porządek ze zbyt szybko jeżdżącymi posłami. A szkoda...

poniedziałek, 24 września 2012
Noworodek, policja i odholowany samochód

Miejsce akcji: Gdańsk, Szpital Wojewódzki.

Czas akcji: sobota, w ciągu dnia.

Opis sytuacji: http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35636,12545153,Tata_wychodzi_z_dzidziusiem_ze_szpitala__A_policja.html

Stan faktyczny: Ojciec łamiąc przepisy parkuje samochód przed szpitalem i pędzi odebrać partnerkę, która urodziła dziecko. Gdy zjawia się z dzieckiem przed szpitalem - samochodu nie ma. Szybko dowiaduje się o odholowaniu i po pokryciu kosztów (blisko 500 zł) odzyskuje samochód...

Nie zamierzam wdawać się w polemikę z policją na temat zasad egzekwowania prawa. Prawa mamy generalnie za dużo, za dużo mamy też znaków drogowych i wszelkich zakazów. Można wierzyć, że przepisów trzeba przestrzegać zawsze i wszędzie. Można też uważać, że zakazy są po to by je łamać. Żadna z tych koncepcji nie przemawia do mnie bezwzględnie.

W tej natomiast sytuacji szukałbym winnego, gdzie indziej. No może nie ”winnego”, ale ”dziwnego” na pewno.

Otóż mnie osobiście najbardziej dziwi postawa szpitala. Matka z dzieckiem to klienci tej placówki. Proszę tylko nie protestować i udowadniać, że coś dostali ”za darmo”. W polskiej służbie zdrowia darmochy nie ma. Jeśli ktoś nie wierzy, niech zorientuje się ile wynoszą składki zdrowotne. No więc spośród kilkunastu możliwości kliencie wybrali poród w tym, a nie innym szpitalu. Gdyby szpital patrzył na życie rynkowo - dbałby o klientów, szczególnie takich. Dyrekcja szpitala dołożyłaby wszelkich starań, aby urodziny dziecka i jego powrót do domu stały się świętem. Wiele nie trzeba - ot, wystarczy wyznaczyć miejsce parkingowe, wpuścić samochód jadący po noworodka na zaplecze. Zrobić cokolwiek.

Rzecz w tym, że w ofertach składanych do NFZ nie myśli się o wygodzie pacjenta, czy o tym, gdzie zaparkuje odbierając dziecko, czy np. chorego krewnego. Bo przecież służba zdrowia nie jest od ”takich” spraw. NFZ tym bardziej. Efekt? Zamiast święta z powrotu dziecka do domu jest horror. I nikogo: policji, NFZ, szpitala to nie interesuje. Ot, taki sobie, najwyższy poziom biurokracji. Bo w tej sprawie o człowieku (bardzo młodym) nikt nie pomyślał...



wtorek, 18 września 2012
Droga pokrętna jak polskie przepisy

Zacznijmy od prostego pytania - co widać na zdjęciu?

Labirynt do sklepu z alkoholem

Odpowiedź może być dwojaka. Otóż możemy napisać, że to zdjęcie płotków przed sklepem. W przenośni należy jednak stwierdzić, że mamy raczej do czynienia z wiekopomnym dziełem urzędniczej nadgorliwości.
Żeby nie było wątpliwości - za ludzi, którzy zbudowali płotki trzymam kciuki. Mimo, że omijają (bardzo dosłownie) prawo. I tu dochodzimy do sedna problemu. W gminie Brody k. Starachowic, gdzie Jarosław Kubalski (Agencja Gazeta) wykonał to zdjęcie, radni wymyślili sobie, że od szkoły do sklepu z alkoholem musi być nie mniej niż 100 m. I pierwotnie było ale problem pojawił się, gdy szkołę rozbudowano. I odległość zmalała. Radni nie uznali oczywiście za zasadne przepisu o odległości zmienić, choć mogli to uczynić. Inwestor, aby wydłużyć drogę do sklepu zbudował labirynt. No i przejść trzeba 100 m.

Ten przykład to żywy dowód polskich absurdów i złego rozumienia prawa. Najważniejszy problem polega na tym, że nie wierzymy w przepisy najprostsze. A przepis najprostszy z możliwych mówi, że nieletni i nietrzeźwy alkoholu kupić nie mogą. Zakaz - bez wyjątków. O ile przy nietrzeźwym można dyskutować nad stanem poszczególnych jednostek, czy już kwalifikują się do nietrzeźwości, czy nie, to sprawa wieku jest jasna. Ma klient ukończone 18 lat, lub nie ma... Koniec kropka. Bez pola do interpretacji. I tego przepisu trzeba przestrzegać. To wystarczy. Problem w tym, że radni wiedzą lepiej. Więc dokładają kolejne kryteria. 100 m od szkoły i kościoła? A czemu nie 50 m? A może właśnie 221 m? Każde z tych rozwiązań można uchwalić legalnie, w majestacie prawa. Co więcej - w przekonaniu, że robi się dobrze. A te odległości to niepotrzebne przepisy maskujące niemożność egzekwowania przepisów prostszych. Niech sklep stoi w dowolnym miejscu, byle nie sprzedawano w nim alkoholu nieletnim. Tuż przy szkole? Co za problem - skoro nieletni tam nic nie kupi... Tzn. ”nic” w sensie zawartości półki z alkoholami. Czemu nie może stać sklep na działce przy kościele? Skąd ta niewiara w rzesze wiernych... ? Jak ktoś musi łyknąć po niedzielnej mszy, to i tak się napije. Po co tworzyć fikcję...
A fikcja powstaje z nieskuteczności prostych napisów. Radnemu, czy policjantowi trudno namierzyć sprzedawców niepytających o wiek nabywców piwa. Efektem jest ”uspokajanie sumienia” wydłużaniem drogi między sklepem a szkołą.
A labirynt? Niech stoi! Jako symbol polskiej przedsiębiorczości i walki z biurokracją. Taki - pomnik z drewna... Łatwo go będzie zdemontować. Gdy ktoś pójdzie po rozum do głowy. Byle tylko tej drogi po rozum, nikt niepotrzebnie nie wydłużał. I nie chodzi tu o samych radnych, co raczej o posłów. Bo to na poziomie ustawy możliwości takiego radosnego tworzenia prawa zapisano.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8