|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków
|
poniedziałek, 05 marca 2012
Uwalniać zawody, uwalniać jak najszybciej...
Dyskusja o zaproponowanym otwarciu ok. 50 zawodów pokazuje, jak mało rozumiemy z zakresu swobody gospodarczej. Dyskusja o liberalizacji przepisów została bowiem zdominowana przez przeciwników tej zmiany. Problem w tym, ze używane przez nich argumenty trudno uznać za rzeczowe. Zobaczmy o czym mówią przeciwnicy liberalizacji: 1. ”Myśmy zapłacili, niech kolejni tez płacą”. Argument najczęściej słyszany od taksówkarzy, którzy w przeszłości płacili za koncesje. Prawdziwy, ale nie do końca intelektualnie uczciwy. Faktycznie, nowy taksówkarz pewnych opłat nie poniesie, teoretycznie od początku jest ”na plusie”. Ale tylko teoretycznie, bo wchodzi na rynek, na którym już działają tysiące kierowców, dziesiątki korporacji. Młodemu ciężko będzie się przebić. Dlatego trzeba powiedzieć jasno - każdy taksówkarz który w przeszłości zapłacił za koncesję, dziś na przewagę rynkową na młodymi konkurentami. To, czy z niej skorzysta - zależy od jego obrotności. 2. ”Spadnie jakość świadczonych usług”. Ten argument także często słychać. Ale jakoś się tego nie obawiam. Podstawą sukcesu w gospodarce jest rzetelne świadczenie usług (lub rzetelna produkcja) i konkurowanie z innymi - cena i jakością. Żaden wchodzący na rynek przedsiębiorca nie pozwoli sobie na ”zawalanie pracy”. Bo natychmiast wypadnie z rynku i ”otwarcie zawodu” w niczym mu nie pomoże. 3. ”W zawodzie znajdą się osoby przypadkowe, bez kwalifikacji”. Argument często podnoszony przez np. pośredników nieruchomości. Po pierwsze - każdy może próbować. A po drugie - ważniejsze - zwróćmy uwagę na coś innego. Często w biurach pośredników nieruchomości pracują osoby bez ”niezbędnego wykształcenia”. I doskonale wywiązują się z zadań realizowanych ”w imieniu i na rachunek” szefa z uprawnieniami. Może czas to zmienić? 4. ”Będzie wojna cenowa”. I tu się zgadzam, a może inaczej - mam nadzieję, że będzie wojna cenowa... I będzie taniej. 5. ”Zrównane będą osoby o różnych umiejętnościach”. I z tym się nie zgadzam. Takiemu zjawisku łatwo zapobiec, ale... Trzeba chcieć i zmienić podejście do rynku. Samorządy zawodowe powinny przestać bronić dostępu do zawodów. Powinny mocniej natomiast akcentować jakość usług, relacje z klientami. Zamiast ograniczać liczbę pośredników nieruchomości sprawić, by ci lepsi posiadali certyfikaty jakości, a ci słabsi - nie posiadali. By lepsi - faktycznie górowali wykształceniem i kwalifikacjami. Można to mierzyć liczbą nagród branżowych, certyfikatów, dyplomów, zaliczonych szkoleń. Można w poszczególnych branżach ”ścigać się jakością” a nie blokowaniem wejścia do zawodu. Na rynku wygrają ci lepsi. Gdy ktoś kupuje mieszkanie warte setki tysięcy złotych nie będzie ryzykował ”przypadkowego” pośrednika. Jakość się obroni...
wtorek, 28 lutego 2012
ZUS przegrał w Trybunale. Bo przegrać musiał...
Trybunał Konstytucyjny zajął się kwestia banalną, a mianowicie odpowiedzią na pytanie czy instytucja państwowa ponosi odpowiedzialność za swoje działania. Orzeczenie było takie jak być powinno. Odpowiada w pełnym zakresie. Sprawa wygląda więc na podwójnie banalną - śmieszne wręcz pytanie i jedyna możliwa odpowiedź. Problem w tym, ze sprawa banalna nie jest, bo dotyczy ZUS i odpowiedzialności za wydawane decyzje. A jak wiadomo decyzje wydawane przez ZUS decydują nie tylko o jakości życia emerytów/rencistów, ale często w ogóle o możliwości przeżycia ww. Sprawa jest zatem poważna. Ale jest też problem - bo ZUS był ”nieodpowiedzialny”, tzn. nie był związany swoimi decyzjami. Efekt? Przyznawał emeryturę, odbierał ją. Żonglerka ludzkimi losami. Przy czym do samego ZUS i jego urzędników mam umiarkowane pretensje. Dużo większy żal mam do polityków którzy takie absurdalne przepisy uchwalali. Na szczęście dla emerytów (ale i dla nas wszystkich, jako potencjalnych emerytów) przepisy uchylił Trybunał Konstytucyjny. Szkoda, że tak późno, dobrze, że jednak... Czy będzie to nauczka dla polityków stanowiących prawo? Zapewne nie. Bo tendencję do absurdalnego ”wzmacniania” państwa kosztem obywateli widać na każdym kroku. Nawet tam, gdy łamie to podstawowe zasady prawa. Taka kultura (?) polityczna...
czwartek, 22 grudnia 2011
Przetarg i prezydencja, czyli pieniądze trzeba wydać przed końcem roku
Koniec roku to dla biurokraty kluczowy moment. Chodzi o... wydawanie pieniędzy. Gazeta Prawna właśnie opisała, jak MSW ogłosiło przetarg na 55 komputerów do "obsługi polskiej prezydencji". Komputery mają być dostarczone 30 grudnia, prezydencja kończy się 31 grudnia. Można się pośmiać, można pomarzyć, że wyjaśnieniem tej sprawy zajmie się prokuratura (ale tylko pomarzyć), a przynajmniej jakaś kontrola wewnętrzna. Szczytem marzeń wydaje się unieważnienie tego kuriozalnego przetargu, ale jakoś nie ma we mnie wiary, że urzędnik cokolwiek sobie od ust (w przenośni) odejmie. To absurdalne ogłoszenie pokazuje jednak inną, głęboką patologię systemu panującego w naszym kraju. Jest nią "przymus wydawania pieniędzy" przed 31 grudnia. Wiadomo - zabudżetowane pieniądze trzeba wydać do końca roku. Potem "przepadają" i trzeba realizować nowy budżet. Tak więc pod koniec roku zaczyna się giełda pomysłów - co, jak, gdzie kupić. Niekoniecznie zakupy są obiektywnie potrzebne, ale z całą pewnością trzeba je zrobić. Żeby budżetowe pieniądze nie przepadły. Mechanizm dotyczy nie tylko MSW, ale wszystkiego co budżetowe. Kilka lat temu rozmawiałem ze znajomą dyrektorką szkoły, która w okresie ferii (między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem) regularnie urządzała "rajd świętego Mikołaja" po sklepach. Kupowała dla swojej szkoły namioty, sprzęt turystyczny, piłki w ilościach ponad standardowych. Po co? "Po co" nie umiała wyjaśnić. Umiała wyjaśnić "dlaczego". A odpowiedź brzmiała: około 20 grudnia dzielono nadwyżki budżetowe "które trzeba wydać do końca roku". A jak trzeba to i wydawała... Skala wydatków była nieporównywalna z przetargiem na laptopy dla prezydencji. Ale przynajmniej nie udawała, że 31 grudnia organizuje wycieczkę pod namiot połączoną z turniejem piłkarskim.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Kolejny urzędnik? Tak, do walki z urzędnikami i biurokracją...
W Polsce istnieją 2 sposoby rozwiązywania problemów. Pierwszy polega na wprowadzeniu zakazu, a przynajmniej nowego przepisu. Taki zakaz nie musi być specjalnie przemyślany, może być krytykowany przez prawników-praktyków jako oczywiście absurdalny, ale i tak wejdzie w życie. Bo bez wprowadzenia zakazu, bądź nowego przepisu - władza nie udowodni że "pochyliła się nad problemem". Druga metoda walki z problemami jest mniej restrykcyjna, ale za to bardziej kosztowna. Jest nią mianowicie powołanie urzędu, instytucji, a co najmniej pełnomocnika ds. rozwiązania danej sprawy. Na tej zasadzie Julia Pitera walczyła ostatnie lata z korupcją zastępując/uzupełniając/wspomagając (niepotrzebne skreślić) policję, prokuraturę, CBA, CBŚ, a może nawet ABW. W walce z biurokracją rząd zapowiada sięgnięcie po pomysł nr 2. Pojawił się bowiem, ogłoszony w związku z pracami rządu, pomysł powołania pełnomocnika rządu ds. deregulacji gospodarczych. Inicjatywa cenna filozoficznie, ale... No właśnie, "ale" jest co najmniej kilka. Kilka dni temu pisałem o praktycznie przesądzonej likwidacji komisji Przyjazne Państwo. Czy pełnomocnik miałby ją zastąpić? Zapewne nie, bo komisja sejmowa, a rządowy pełnomocnik to dwie absolutnie różne sprawy. Może zatem pełnomocnik zastąpić miałby wicepremiera, ministra gospodarki Waldemara Pawlaka? Bo to on do tej pory odpowiadał za "deregulacje". Jeśli taki jest plan, to nie wróżę mu powodzenia. Głównie z przyczyn politycznych. Gdy wicepremier, szef partii współrządzącej składał projekty deregulacyjne administracja zawyła ze złości i z ponad 100 propozycji zmian, ostało się zaledwie 30. Jeśli taką samą propozycję złożyłby anonimowy, słabo umocowany pełnomocnik, w życie zapewne weszłoby nie więcej niż 10 zmian... Ale to nie wszystko. Walka z biurokracją powinna być stanem permanentnym. Każdy minister powinien każdego dnia myśleć - co uprościć, gdzie odpuścić, co ułatwić. Inaczej - marne szanse na zrobienie czegokolwiek z biurokracją. To nie jest zadanie dla jednego pełnomocnika, nawet otoczonego przez wianuszek doradców. Co więcej - istnieje ryzyko, że po powołaniu pełnomocnika pozostali decydenci przestaną sobie takim drobiazgiem jak "ułatwienia dla biznesu", zawracać głowę. To nie będzie ich zadanie, tylko pełnomocnika... Jedyny skutek powołania takiego pełnomocnika polegałby na postaniu posady pełnomocnika z posadami towarzyszącymi i - o ile pełnomocnikowi starczyłoby siły woli - na zdefiniowaniu i opisaniu problemu. Powstałby kolejny raport, analiza, czy inny dokument, opisujący ile bezsensownych dokumentów powstaje w naszym kraju. Dlatego nie wiem, czy warto takie stanowisko tworzyć. W gruncie rzeczy - zamiast osłabić, wzmocni ono tylko biurokrację.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
A mi tej komisji byłoby żal. Przyjazne Państwo...
W zasadzie jeszcze jest, ale w praktyce jej już nie ma. Chodzi o sejmową komisje "Przyjazne Państwo", która miała odbiurokratyzować polską gospodarkę, a głównie stała się trampoliną (by nie napisać "platformą"), z której skorzystał Janusz Palikot do kreowania swojej kariery politycznej. Formalne decyzje co do losów komisji mają zapaść w styczniu o czym donoszą media: http://wyborcza.biz/Firma/1,101618,10772793,_PB___Premier_zamknie_komisje_Przyjazne_Panstwo_.html I w zasadzie nawet jestem w stanie zrozumieć polityczne przesłanki tej decyzji. Jednak nie ukrywam, że akurat tej komisji wcale bym nie chciał zlikwidować. Bo jej konstrukcja była jednak wyjątkowa. Czemu? Bo wyrastała ponad Polskę-branżową. W naszym kraju mamy taki polityczny obyczaj, że np. komisję i resort zdrowia opanowują głównie lekarze, odpowiednio komisje i resort rolnictwa - wielcy producenci rolni i rolnicy. To samo dotyczyło każdej kolejnej komisji branżowej. Każdy "pilnował swego". Na pierwszy rzut oka - wydaje się, że to dobrze. Ludzie znający realia danej sfery życia zajmowali się jej reformowaniem, rozwiązywaniem jej problemów. W teorii - wszystko gra. W praktyce jest już gorzej, bo często postronnemu obserwatorowi trudno jest ocenić, gdzie kończy się "praca nad problemem", a zaczyna "gra interesów". A efekty prac komisji branżowych mają ogromny wpływ na ostateczną treść stanowionego prawa. Na tle tak skonstruowanych komisji "branżowych" komisja "Przyjazne Państwo" była czymś wyjątkowym. Gdy już problemem przestały być ambicje polityczne pierwszego przewodniczącego, prace posuwały się do przodu. A sama komisja zajmowała się problematyką niezwykle różnorodną. Jednego dnia debatowała o przepisach dotyczących refundacji leków i działania aptek, kolejnego o problemach prywatnych ośrodków wczasowych. Po kilku dniach przerwy pod obrady komisji trafiały procedury administracyjne, by kolejne posiedzenie poświęcić problematyce produkcji alkoholu lub handlu wyrobami tytoniowymi. Czy posiedzenia były słabe merytorycznie? Niekoniecznie - za każdym razem na sali zjawiało się grono ekspertów. Natomiast taki "rozstrzał" zainteresowania pokazywał, że komisji łatwiej wychodzić poza utarte ścieżki, że może zajmować się biurokracją jako problemem całej gospodarki, a nie tylko "branżowym" załatwianiem poszczególnych problemów. To powodowało, że ta akurat komisja miała szersze spojrzenie na rzeczywistość. Co więcej, pomysły utrącone w komisjach "branżowych" mogły być weryfikowane właśnie w "Przyjaznym Państwie". To był dobry wentyl bezpieczeństwa. Dlatego szkoda, że komisja ma zostać zlikwidowana. Obsadzona przez posłów mocno zorientowanych na realne rozwiązywanie problemów biurokracji mogła zrobić wiele dobrego. Pytanie, czy grupa takich posłów (pozytywnych "fanatyków") by się znalazła...
środa, 07 grudnia 2011
Urzędnik się dziwi: ''dopiero w internecie...'' Czy rozumie XXI wiek?
Od kliku dni w internecie trwa prześmiewcza burza. Wszystko za sprawą spotu reklamującego Warszawę przed Euro 2012. Najkrócej mówiąc internauci szydzą ze spotu, który polega na tym, ze młody biegacz goni biegaczkę, przy okazji ”zwiedzając” stolicę. W komentarzach w sieci mamy wszystko - i zarzuty że spot pokazuje ”zboczeńca” i że jest słaby merytorycznie. Ocenę pozostawiam Czytelnikom, ale jest w tej sprawie inna niepokojąca rzecz.
Co mnie niepokoi poza młodym biegaczem i jakością spotu? Otóż urzędnicy warszawskiego ratusza próbują ratować się tłumacząc, że po emisjach telewizyjnych wszystko było OK. Dopiero wrzucenie spotu do internetu rozgrzało atmosferę... Ot, głupi i okrutny internet nie docenił... A mnie przeraża takie myślenie urzędników - pokazuje, ze nie rozumieją jak działają media w XXI wieku. Spot w telewizji nie wzbudzi takich emocji, bo telewizja nie służy do komentowania. To przekaz jednostronny, nie ma możliwości komentowania. Bo taka jest telewizja. Ujawnianie emocji zawsze następuje w internecie. Bo tam to jest możliwe, bo do tego służy internet. To jego istota. Więc nie dziwcie się Panie i Panowie z ratusza, że burza rozpęta się w internecie... Co więcej, nie rozumiem, jak można tego nie rozumieć. Nie wiem, czemu wszystkie spoty nie są ”testowo” wpuszczane do netu zanim nie pojawią się w telewizji. Wystarczy dać na próbę i poczytać komentarze. Gdyby ktoś w Warszawie myślał w tych kategoriach - nie było by teraz śmiechu na forach. A z drugiej strony, może o to chodzi. Urzędnik wreszcie bawi społeczeństwo... A dla zainteresowanych - inny spot. Też impreza sportowa, też bieg. Tylko klasa produkcji inna. No i nie Warszawa... The Official London 2012 Olympics Film.'Sport At Heart' from Daryl Goodrich on Vimeo.
piątek, 02 grudnia 2011
Lekarze kontra NFZ i rząd. Najważniejszy gospodarczy spór w tym stuleciu?
W mediach przemknęła (i nie wzbudziła specjalnych emocji) informacja o tym, iż samorząd lekarski zaskarżył nowe przepisy ustawy dot. refundacji leków do Trybunału Konstytucyjnego. Media poświęciły tej sprawie zaledwie kilka słów - nikt nikomu nie dał po twarzy, nikt nikogo nie obraził, wniosku do TK nie składała długonoga celebrytka, więc w XXI wieku taki news, prawie nie jest newsem. A jednak. Najpierw zastrzeżenie. Nie jestem specjalnym fanem samorządu lekarskiego. Lekarskie strajki, pogotowia strajkowe, brutalna walka o płace, a także szermowanie "klauzulami sumienia" - to wszystko nie zrobiło ze mnie specjalnego fana tego środowiska. ale tym razem za środowisko lekarskie trzymam mocno kciuki. Co więcej - mam wrażenie, że dla gospodarki sprawa ma kluczowe znaczenie. Podkreślam - dla firm i gospodarki, a nie samych lekarzy. O co poszło? O "porządkowanie" spraw z refundacją leków. Otóż od 1 stycznia to na lekarzu (także tym działającym jako prywatna firma) miała ciążyć odpowiedzialność za wypisanie leku refundowanego osobie bez uprawnień. W razie pomyłki - kary, zwrot refundacji - niemal kryminał. Tak oto państwo próbuje porządkować sferę, w której od lat przeciekają grube miliardy złotych. Co więc złego w nowym rozwiązaniu? Otóż zła jest filozofia wprowadzanej zmiany. Ubezpieczenie zdrowotne to instytucja prawna stworzona przez państwo, potrzebna państwu (a dokładnie jego organowi o nazwie NFZ). O zakresie ubezpieczenia i jego zasadach decyduje państwo. Ubezpieczenie reguluje relacje pacjenta z refundowaną z publicznych pieniędzy służbą zdrowia. Dlatego to państwo powinno zadbać o wszystko co wiąże się z przejrzystością zasad ubezpieczenia społecznego. To państwo powinno "uzbroić" szpitale, lekarzy, apteki w bazy danych, w dostęp do nich, w możliwość weryfikacji podawanych przez pacjenta danych. To państwo powinno wyprodukować karty identyfikacyjne na których zapisywane byłyby leki i dane pacjenta, w tym takie jak prawo do bezpłatnego leczenia i refundacji leków. To wszystko to obowiązki PAŃSTWA, rządu, jego organów (w tym wspomnianego NFZ). To zastępy biurokratów powinny wymyślić jak zorganizować sposób weryfikacji danych związanych z ubezpieczeniem, aby system działal dobrze. Lekarz niech odpowiada - za wypisywanie fikcyjnych recept, za wypisywanie leków dla osób trzecich na darmowe recepty dla weteranów. Ale lekarz nie może odpowiadać za weryfikowanie ubezpieczenia pacjenta. Lekarz ma leczyć i prawidłowo - pod względem MERYTORYCZNYM - wypisywać recepty. To samo dotyczy aptekarzy - oni nie mają być państwowymi "cerberami". Mają wydawać leki, zgodnie z tym co zapisał lekarz, weryfikują zapis przez pryzmat zdrowia pacjenta. A nie przez pryzmat oczekiwań państwa. Sprawa dotyczy kwestii podstawowych - kto za co odpowiada. Państwo nie może przerzucać swoich zadań na prywatne osoby, czy prywatne firmy. Co więcej - nie ma prawa karać za ewentualne błędy związane z weryfikacją kwestii ubezpieczeniowych. Nie chcę żyć w państwie, w którym lekarz, czy farmaceuta zamiast leczyć zmienia się w "śledczego" ds. ubezpieczeń, a spółka dostarczająca mi prąd do domu zaczyna ściągać publiczną daninę - opłatę za abonament radiowo-telewizyjny. Państwo powinno pełnić minimum funkcji. Niepotrzebne są zastępy urzędasów od promocji, marketingu, od "wspierania", "kreowania", od "przekładania papierów". Ale akurat kwestie związane z ubezpieczeniami publicznymi powinny być załatwiane przez urzędników państwowych lub samorządowych. I to oni powinni ponosić odpowiedzialność za błędy popełniane w tej sprawie. Problem w tym, że urzędnikom idzie to z oporami. Więc próbują swoje obowiązki przerzucić na innych - na prywatne firmy - lekarskie, czy farmaceutyczne. Z drugiej strony jednak, czy nie było by prościej z kartami chipowymi? Pisałem już o tym, więc dalsze narastanie problemu, zamiast jego rozwiązania, tylko budzi większą irytację. I dlatego trzymam kciuki za lekarzy. Skopcie państwo w Trybunale! Poprzedni wpis o chipach i absurdach z NFZ: http://biurokracja.blox.pl/2011/09/Bunt-w-aptekach-czyli-XIX-wieczny-polski-problem.html
poniedziałek, 21 listopada 2011
Po drabinie na II piętro, czyli urzędnik i lokator
Prawo lokalowe dostarcza coraz to nowych "atrakcji" Jedną z nich opisała gazeta z Łodzi http://www.dzienniklodzki.pl/stronaglowna/474396,do-domu-po-drabinie-czyli-urzednicy-dogadali-z-lokatorem,id,t.html?cookie=1 Sprawa kuriozum - aby dostać się do mieszkania na II piętrze trzeba mieć... drabinę. Wszystko przez dziwaczny podział korytarza i podzielenie mieszkania na dwa osobne lokale. Rozumiem wiele, m.in. to, że miasta miewają gigantyczne kłopoty z lokalami komunalnymi i potrzeba ich jak najwięcej. Ale z tekstu, który znalazłem w łódzkiej gazecie przebija jedno - jednostronność działań urzędników. "Podzielili, wypowiedzieli, nakazali itp., itd.". Wszystko oprócz próby porozumienia, dialogu. Każdy prawnik jest w stanie wymienić cały "arsenał" środków prawnych (łącznie z eksmisją) opisanych w całej bibliotece aktów prawnych (łącznie z uchwałami rady gminy). Niestety, mało który prawnik, czy urzędnik jest w stanie zrobić coś ponadto, co wyczyta w ustawach. A może trzeba zaparzyć kawę, kupić ciasteczka za 10 zł i zaprosić na spotkanie wszystkich zainteresowanych. Porozmawiać, omówić rozbieżności, spróbowac porozumieć się między sobą. Sam po sobie wiem, jak reaguję na pisma urzędowe. "Nakazuje, upomina". Agresywna odpowiedź murowana. Tak też mogło być w łódzkiej sprawie... Oczywiście, urzędnik może się obawiać, że spotkanie przy kawie nie zostało opisane jako "instytucja prawna" w kodeksie postępowania administracyjnego. Jeszcze bardziej może się obawiać wydania 15 zł na to spotkanie (wspomniane ciasteczka + kawka). Ale może lepiej wydać 15 zł, niż tysiące na prawników i setki na korespondencję? Może wystarczy porozmawiać? Wiele lat temu byłem na rozprawie o... kran. Okazało się, że duży deweloper, nie rozliczył się z dostawcę wysokiej klasy armatury sanitarnej. Rzecz szła o 450 zł (dobrej klasy JEDNA bateria łazienkowa). A tu cała powaga wymiaru sprawiedliwości - wezwania, radcy prawni, strony. Sąd w osobie młodej inteligentnej sędziny - po otwarciu rozprawy zarządził przerwę. Po 15 minutach strony "były dogadane". Ugodę spisano i zaakceptowano w 10 min. A już po rozprawie w nieformalnej atmosferze wszyscy przyznali, że nikt nie miał pełni świadomości, że rzecz jest o jedną baterię. Dla jednej ze stron była to "długotrwała zaległość w rozliczeniach", dla drugiej "pieniactwo", bo za 59 baterii przecież zapłacono. A ta ostatnia była zamawiana dodatkowo... A wystarczyłby jeden telefon... W sprawie w Łodzi zapewne byłoby tych telefonów więcej. Może spotkań przy kawie i ciasteczkach też byłoby kilka (uwaga! - koszty rosną!). Ale nie byłoby eksmisji i całego sądowego cyrku. Tylko czy komuś na takim załatwieniu sprawy zależy?
środa, 26 października 2011
Zmory firm? Koszty, biurokracja, biurokracja, biurokr...
BCC opublikowała wyniki bardzo ciekawego badania wśród firm. Zapytano ich szefów (a zrobiła to profesjonalna firma GFK Polonia, a nie naprędce sklecony program komputerowy) jakie są największe bariery w prowadzeniu biznesu. Badanie pozwalało na wskazanie kilku odpowiedzi. No i biurokracja wypadła w tym zestawieniu świetnie. Pierwsze miejsce wprawdzie nie należy do BIUROKRACJI - bo są to wysokie koszty pracy (57 proc. badanych). Ale potem było już świetnie. Bo biurokracja w różnych przebraniach zajęła 5 kolejnych miejsca. Jako drugą przyczynę kłopotów firm wskazano bowiem nieprecyzyjne przepisy (53 proc. badanych), a na trzecim niestabilne prawo (41 proc.). Oba te punkty to kwintesencja biurokracji - tak mieszać w prawie, aby urzędnik był ponad prawem, a obywatel, przedsiębiorca, petent - pod prawem. Jako przeszkodę nr 4 wskazano skomplikowany system podatkowy (38 proc. głosów), a na pozycji nr 5 pojawiło się niedostosowanie przepisów do realiów gospodarczych (32 proc.). Obecność BIUROKRACJI zamyka pozycja nr 6 (28 proc. głosów) - czyli długo trwające procedury administracyjne. Poniżej w rankingu znalazły się m.in. czyny nieuczciwej konkurencji, szara strefa itp. działania. Wydźwięk badania jest zatem jednoznaczny - polskim firmom bardziej przeszkadzają polscy urzędnicy i przepisy niż nieuczciwi konkurenci. Smutne. Ale w gruncie rzeczy dość oczywiste.
środa, 19 października 2011
Nielegalny poker, czyli prawo, czy groteska
"Policja i służba celna wkroczyły". "Zarzut udziału w nielegalnym turnieju pokera". "Grzywny do 10 tys.". To telegraficzny skrót informacji, która przeniosła mnie w mroczne lata 80-te, gdy dzielni funkcjonariusz stale wkraczali i walczyli z nielegalnymi działaniami o "najróżniejszym zabarwieniu". Cała informacja tutaj http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114883,10496682,Nielegalny_turniej_pokera_w_restauracji.html Porównanie z latami 80-tymi nie na miejscu? Tak, policja państwowa, to nie ZOMO. Ale klimat absurdu pozostaje. Wszystko we mnie krzyczy na "nie", gdy czytam o nielegalnym turnieju pokerowym i grzywnach do 10 tys. złotych. Tak bowiem funkcjonuje absurdalne prawo uchwalone po tzw. "aferze hazardowej". Zamiast rozwiązać problem relacji politycy-hazard, próbowano wówczas ograniczyć zjawisko gier. W efekcie mamy "spektakularne wkroczenie" i groźby surowych kar. Wiem, że pisanie, iż "jako podatnik mam prawo" - jest trywialne. Ale napiszę - nie chcę, aby działająca za moje podatki policja robiła naloty na "szulernie". Takie akcje pasują do któregoś z odcinków serialu "Alternatywy 4", a nie do państwa prawa w XXI wieku, w środku Europy. Nie chcę, aby policjanci ganiali pokerzystów, chcę aby łapali prawdziwych bandytów. Z drugiej strony - nie mam pretensji do "wkraczających" - oni muszą, bo takie jest prawo. Mam pretensje do rządzących - za takiego prawa uchwalanie. "Szulernie" trzeba rozsądnie opodatkować, stworzyć jasne reguły ich działania (jasne, czyli w trakcie debaty publicznej, a nie podczas spotkań na cmentarzu) i trzymać policję od nich z daleka. No, chyba że jeden gracz da drugiemu po buzi... Ale to zupełnie osobna historia. Póki co "mamy sukces". Na miarę naszych marzeń (?) i oczekiwań (?).
|