| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Artur Kiełbasiński
Prawnik, publicysta, absolwent Uniwersytetu Gdańskiego. Gospodarczy liberał, przeciwnik przepisów, inflacji prawa, urzędniczej bezradności. Nieufny wobec polityków. Wobec wszystkich polityków


Napisz do mnie: artur.kielbasinski@agora.pl


RSS


RSS
środa, 06 kwietnia 2016
Trybunał, prawo, chaos - czarny scenariusz dla Polski

 

Konflikt o Trybunał Konstytucyjny analizowano na kilku płaszczyznach - politycznej, konstytucyjnej, międzynarodowej. Główna oś sporu dotyczy oczywiście polityki - próby ze strony obecnej większości parlamentarnej uzyskania nieskrępowanej możliwości zmian prawa, w tym takich, które normalnie działający Trybunał by kwestionował. 

Popatrzmy jednak na inny ważny, choć do tej pory mniej zauważany aspekt tej sytuacji. Czyli jak spór o TK może wpłynąć na codzienne stosowanie prawa, gospodarkę i życie Polaków. Jestem przekonany, że zapowiedzi zignorowania wyroku Trybunału i nieopublikowania go to wstęp do prawnego chaosu, może nawet wieloletniej anarchii i miliardowych odszkodowań. Moment ku temu stosowny - dziś - 6 kwietnia - TK wraca do normalnego (?) orzekania.

Co się bowiem stanie, jeśli orzeczenie Trybunału o nieważności ustawowych zmian nie zostanie opublikowane, a jak się wydaje rząd jest w tym konsekwentny? Pozornie to "tylko" tzw. spór publikacyjny. Faktycznie to początek bałaganu prawnego, jakiego w Polsce nie było.

Właśni ziszcza się następujący scenariusz: Trybunał będzie urzędował, orzekał o zgodności z konstytucją ustaw i innych aktów prawnych, a władza wykonawcza i ustawodawcza będą te orzeczenia ignorować. Administracja centralna będzie "trzymała stronę rządu", więc będzie stosować "prawo, bez orzeczeń Trybunału". Samorządy będą zapewne kierowały się sympatiami politycznymi - w jednej gminie będzie obowiązywało prawo uchwalone przez Sejm, w innej będzie stosowane, ale z uwzględnieniem orzeczeń TK.

Potem wszystkie sporne sprawy trafią do sądów. Wymiar sprawiedliwości jednoznacznie popiera Trybunał, więc zapewne sądy będą sądzić zgodnie z "prawem i orzeczeniami Trybunału".

Efekt? W najbliższych latach szykuje się nam cyrk - brak jednolitej wykładni prawa, chaos, spory prawne, które skrajnie trudno będzie rozwiązać. Brak jednolitej wykładni prawa wzmoże nieufność obywateli i biznesu
. A przypomnijmy, że już dziś poziom zaufania w Polsce należy do najniższych w Europie.

Dla gospodarki to zapowiedź katastrofy. Zamiast rozwoju i kooperacji opisanych w planie Morawieckiego będą batalie prawne. Z państwem, z samorządami, samorządów z władzą centralną czy obywateli i przedsiębiorców między sobą. Co więcej - sądy na każdym poziomie zaczną próbować orzekać o konstytucyjności ustaw. Piękne? Nie, raczej wstęp do chaosu.

Ale nie tylko - bo taki chaos prawny to także prosta droga do odszkodowań w przyszłości. Pokrzywdzeni - firmy i
i obywatele - będą od państwa dochodzić zapłaty za straty poniesione z powodu prawnego zamętu. Skala zjawiska może przekraczać nasze obecne wyobrażenie. Do dziś trwają spory, ile Polskę będzie kosztować niefortunna - przyjęta z inspiracji Donalda Tuska - źle przygotowana tzw. ustawa antyhazardowa. Wartość roszczeń wyceniana jest (być może przesadnie) nawet na 5 mld zł. A chodzi tu o jedną, niszową branżę gospodarki.

W przypadku dwóch porządków prawnych, które wynikną ze sporu o Trybunał, skala niepewności, a także roszczeń będzie nieporównanie większa. Media piszą o Trybunale, gdy zapadają tam spektakularne orzeczenia (jak np. legalność przejęcia środków z OFE) albo w kontekście walki politycznej. To jednak wierzchołek prac i rozstrzygnięć sądu konstytucyjnego. Tylko w listopadzie 2015 r.
 - zanim zaognił się ostatni konflikt polityczny - Trybunał opublikował 31 orzeczeń dotyczących różnych sfer życia. Od jego decyzji zależy bowiem jakość całego prawa - od podatków po dziedziczenie. Od wymogów sanitarnych po regulacje dotyczące kultury i nauki.

Dlatego też Polska na funkcjonowanie bez Trybunału nie może sobie pozwolić. Bez względu na to, co myślą i w co wierzą politycy.

 

Komentarz w pierwotnej wersji ukazał się 11 marca 2016 r. na str. 2 Gazety Wyborczej

czwartek, 31 marca 2016
Jak nas niańczy państwo. Jak na Unię - średnio

Ciekawe wyniki badań opublikowało Forum Obywatelskiego Rozwoju. Otóż w ramach ogólnoeuropejskiego projektu badawczego sprawdzono, jak państwo "niańczy" obywateli w zakresie nadzory nad spożywaniem i używaniem papierosów, e-papierosów, jedzenia i alkoholu. 
Otóż Polska jest państwem umiarkowanie opiekuńczym, nieco ponad średnią stawki.
Jednak polska specyfika polega na nierównym rozłożeniu tej opiekuńczości. Państwo dość mocno ingeruje w rynek papierosów i alkoholu, pozostawiając bardzo otwarty rynek e-papierosów i żywności. W przyszłych badaniach pozycja Polski może się bardzo zmienić - trwają bowiem prace nad ograniczeniami w używaniu e-papierosów. Ich użytkownicy mają być faktycznie zrównanie z "tradycyjnymi" palaczami. A to spowoduje "skok" Polski w rankingu...
Co ciekawe - badanie może być bardzo różnie interpretowane, w zależności od poglądów czytelnika. Osoby odwołujące się do opieki państwa, będą zachwycone rosnącym poziomem "niańczenia". Osoby o bardziej liberalnym światopoglądzie - wręcz odwrotnie. 
Co ciekawe autorzy raportu podkreślają, że nie ma związku między poziomem restrykcji np. w piciu alkoholu, a długością życia. Czyli jednak z tym nadzorem to przesada... ?

Jak czytać punktację? Im niższa punktacja, tym większy zakres swobody. Dużo punktów, to jednak duży nadzór.
 

czwartek, 25 lutego 2016
Biegunka legislacyjna, czyli tęsknota za sądem

Polska jest liderem w europejskiej produkcji prawa. To jednak dziedzina, w której sukces nie budzi entuzjazmu. Bo nowe prawo to kolejne złożone problemy, dyskusje jak się mają nowe przepisy do innych ustaw, niekończące się interpretacje.
Grant Thornton podliczył, że w 2015 r. opublikowano niemal 30 tys. stron nowych przepisów (ustawy i rozporządzenia).

Gdyby je ułożyć na sobie mamy wieżę 2,3 m. Samo przeczytanie nowych przepisów to 41 dób ciągłej pracy. Statystyczne "gadżety" można mnożyć. Na rysunku poniżej eksperci GT zapisali ile aktów prawnych opublikowano w 4 dni - ostatnie dni 2015 r. Zmiana zmianą, ale zakres zmiany budzi szok.
Ale ważniejsze jest pytanie o przyczynę. Moim zdaniem, główna to niewydolność sądów. gdy sądy nie rozstrzygają spraw, to za porządkowanie rzeczywistości biorą się posłowie i urzędnicy. I każdy detal próbują uregulować. Efekt - mizerny, nic się nie zmienia. A to co robią sady zaczyna mieć charakter antyobywatelski. Bo sądy nie rozstrzygają spraw. Czasem ważnych spraw życiowych.

Znajomy relacjonował jak wygląda jego spór o opiekę nad dzieckiem z obywatelką USA (dziecko jest z matką). W Polsce sąd nie wydał postanowienia w sprawie od 2 lat. W USA, gdzie by się nie pojawiła mamuśka z dzieckiem w ciągu 4 dni ojciec-Polak ma orzeczony sądowy zakaz zbliżania się do dziecka. Sąd orzeka w trybie półautomatycznym, przychylając się do wniosku matki. Chcesz protestować? Zaskarż decyzję sądu. Skargę rozpatrzy w 7 dni. W tym czasie polski sąd wzywa na posiedzenia, poucza o obowiązku obecności, wzywa do złożenia wniosków dowodowych i odracza posiedzenia. Odracza i znowu wzywa. I wysyła pisma. Z procedury uczyniono groteskę. Z instrukcji procesowych zrobiono bożka.
Obywatel skazany na porażkę. Ale za to może poczytać tony ustaw i rozporządzeń. Biurokracja go wykończy, nie pozwoli zawalczyć o dziecko, ale zawsze może poczytać ustawy i rozporządzenia. Zajmie 4 godziny dziennie. Przy okazji można usnąć.
Ale sen i to długi może się opłacić. Sąd I instancji własnie orzekł, że RMF FM dostanie od Państwa 83 mln zł odszkodowania za błędną decyzję KRRiT z początku ubiegłej dekady. Bogata, silna stacja radiowa może się procesować. Ale który obywatel to wytrzyma? W przypadku mojego znajomego 15 lat procesów oznaczałoby, że dziecko stanie się pełnoletnie. A on jako rodzic straci jego dzieciństwo i niepowtarzalną szansę na uczestniczenie w tym dzieciństwie. Tylko, co to obchodzi sąd...

prawoblog

wtorek, 23 lutego 2016
Ta sama śpiewka, czyli polskie podatki na 2+

Agencja KPMG podsumowała system podatkowy w Polsce. Ocena ogólna "mierny+". Ale nie to budzi największe zdziwienie i irytację. Do niskich ocen polskiego systemu podatkowego można było już przywyknąć. To co najbardziej poraża, to fakt, że nie uczymy się (my - jako państwo) i nie wyciągamy wniosków z pozornie oczywistych ustaleń. 

W przypadku KPMG warto zauważyć, że najniższe oceny dostajemy za kwestie względnie proste. Otóż zaledwie 1,9 (w skali 1-5) dostaliśmy za stabilność prawa podatkowego.

Drugi, niemal równie fatalny wynik (2,2) mamy z brak informowania o planowanych zmianach.

Co to oznacza? Ano najprostszą rzecz, a mianowicie, że nie planujemy, nie myślimy o komunikacji, nie potrafimy się porozumiewać. Tu nie chodzi o samą jakość prawa, o merytoryczne zapisy, ale o sposób jego stosowania, o sposób podejścia do podatników. Częste zmiany + brak komunikacji świadczą bowiem głównie o lekceważeniu podatników. Tu nie brakuje dyskusji nad trudnym przepisem. Tu okazuje się, że trudno porozmawiać z "klientem urzędu". I prawdę powiedziawszy, to jest właśnie najgorsze w tej sprawie.
Jak eksperci KPMG oceniaja nasz system pokazuje grafika, która "podkradłem" macierzystej redakcji, czyli www.wyborcza.biz ;)


ocena

czwartek, 17 grudnia 2015
Trybunał do Przemyśla. Naprawdę, na poważnie, bez ściemy

No więc rozumiem nagonkę na hasło "Trybunał do Przemyśla". W kontekście politycznym to słabe. Ale przestrzegam przed wyszydzaniem POWAŻNYCH dyskusji na temat decentralizacji. Polska jest zbyt warszawskocentryczna. Każdy poważny urząd musi umościć sobie siedzibę w stolicy. To napędza i tak nadmuchany warszawski rynek nieruchomości. To dewastuje rynek pracy. W Warszawie 3 tys. brutto, to "żadna płaca". W Olsztynie, to solidna pensja. 

Można wykpiwać TK w Przemyślu, ale Czesi swój sąd konstytucyjny mają w Brnie. Słowacy w Koszycach. Jeszcze dalej posunęli się Niemcy - najważniejsze urzędy rozsiane są po całym kraju - dość wspomnieć rolę Frankfurtu w kwestiach gospodarczych. Tam mieści się m.in. Bundesbank. W Karlsruhe mieści się sąd najwyższy, trybunał konstytucyjny, prokuratura federalna. W Lipsku - federalny sąd administracyjny. Urząd ds. Transportu? Flensburg.

 Moim zdaniem resorty powinno rozrzucić się po kraju, urzędy centralne też i trybunały także. Nie wszystko musi być w stolicy, to wynaturza system rozwojowy kraju. Nieprzypadkowo ubogie Mazowsze narzeka na bogatą Warszawę. Dane statystyczne stolicy zaburzają postrzeganie tego tego regionu. Stąd propozycja wydzielenia Warszawy jako 17 województwa. Dodam od razu - propozycja racjonalna.
Jeśli ktoś mi napisze, że to kosztuje bimbaliony to odpowiadam:

1. sprzedaż nieruchomości w Warszawie pokryje to z nawiązką

2. nie trzeba będzie jeździć, jest XXI wiek, są telekonferencje i bazy danych. A przy okazji - skoro jeździmy do Warszawy, to taki kłopot pojechać do Gdańska, Poznania, Łodzi?

3. władza będzie naprawdę bliżej lokalnych problemów

Jak na razie mieliśmy trend odwrotny. Niedawna historia - dowództwo Marynarki Wojennej przeniesiono z Gdyni do Warszawy. Nonsens? Jak najbardziej. Skończymy z takim myśleniem.

czwartek, 03 grudnia 2015
Znowu ta biurokracja robi nam złą opinię

Aż 98 proc. inwestorów, którzy swój kapitał ulokowali w Polsce, zainwestowałoby „nad Wisłą” ponownie – wynika z 8. edycji badania przeprowadzonego przez Polską Agencję Informacji i Inwestycji Zagranicznych we współpracy z firmą doradczą Grant Thornton i globalnym bankiem HSBC.

Tak podsumowano wyniki badań prowadzonych wśród inwestorów zagranicznych, którzy ulokowali swoje biznesy w Polsce. I w zasadzie to powód do radości, dumy, wypinania piersi po ordery...

Ale pozostaje jeden problem. A mianowicie najsłabsze oceny dotyczą z reguły... naszej administracji. bardzo szeroko rozumianej. najniższe oceny - sądownictwo gospodarcze. Słabe - stałość prawa, jakość procedur, sposób prowadzenia kontroli, czytelność przepisów. Najniższe oceny - zerknijcie poniżej:
grantSkala ocen wynosiła od 1 do 5. Więc te nasz złe strony nie są też dramatycznie fatalne - to pociesza.

Co jeszcze  jest pocieszające? Ano fakt, że wszystkie słabe strony można zmienić działaniami administracyjno-organizacyjnymi. Tu nie trzeba budować rynku, tu trzeba zmienić sposób tworzenia prawa. Nie trzeba ratować infrastruktury, trzeba szkolić kontrolerów.

Niestety, najważniejsze pytanie dziś brzmi - czy rządzący będą potrafili to zrobić. A jeśli potrafią, czy będą chcieli. I to jest najważniejszy znak zapytania, gdy dyskutujemy o przyszłości zagranicznych inwestycji w Polsce.

czwartek, 19 listopada 2015
Samorządy, administracja, procedury, czyli o czym nie powiedziała premier Beata Szydło

W środowym expose było niemal o wszystkim. Było o godności narodu, było o bezpieczeństwie, było o wydatkach, 500 zł na dziecko... Wymieniać wszystkiego nawet się nie chce, można sobie posłuchać, choć wymaga to znacznej dozy samozaparcia. I łatwo pomylić z wiecem przedwyborczym.

 

A jednak w natłoku spraw różnych, kilka wątków wydaje się absolutnie pominiętych. Zabrakło mianowicie odniesień do działalności administracji. I nie chodzi mi o strukturę organizacji urzędów, to rzecz trzeciorzędna. Znacznie ważniejsza jest kwestia organizacji samorządów. Będziemy zmieniać rolę powiatów, czy nie? Będziemy wzmacniać wielkie miasta (pewnie nie), a może będziemy stawiać na regiony. I które regiony?

Zmienią się finanse samorządów? Więcej środków własnych (pewnie nie), a może znowu więcej zadań (pewnie tak). I nie chodzi tu o wyliczanki i zapisy prawne, raczej o to, jak takie zmiany będą miały wpływ na nasze życie. Czy będziemy mieli Polskę samorządową czy centralizowaną. 

Przed wyborami spekulowano, że nowy resort - gospodarki morskiej, może będzie miał siedzibę w Gdańsku. Na spekulacjach się skończyło, ale to też sygnał, że na decentralizację trudno liczyć akurat pod rządami PiS. Szkoda, bo jednak "z dołu widać lepiej".

Z drugiej strony nie wiem nic o kierunkach zmian w administracji. W poprzednich expose obietnice padały - Ewa Kopacz zapewniała, że prawo będzie tworzone dla 99 proc. uczciwych, a nie z myślą o 1 proc. złodziei. Była przynajmniej zapowiedź, w praktyce zmian nie zauważyłem. Donald Tusk zapowiadał, że za jeden nowy przepis/obowiązek będzie rekompensata w postaci uchylenia innego przepisu/obowiązku. Wyszło, jak wyszło, ale przynajmniej próbowano coś zmieniać, miałem poczucie, że przynajmniej problemy są dobrze zdefiniowane. Teraz nie mam choćby takiego poczucia. Ale może to czepianie się na wyrost, zawsze można liczyć, że będzie w administracji tylko lepiej. Pytanie czy naprawdę nie jest to wiara naiwna.

piątek, 13 listopada 2015
Polska pnie się w kolejnym rankingu. Nisko oceniany (tradycyjnie) sposób rządzenia

Polska zajęła wysokie 29. miejsce w rankingu dobrobytu czyli Legatum Prosperity Index 2015. Najniższe noty mamy za wykonywanie władzy

Ranking dobrobytu lub dobrostanu powstaje od 2009 r. Różni się tym od innych podobnych rankingów, że odwołuje się nie tylko do „twardych danych” ekonomicznych takich jak np. wzrost gospodarczy, czy PKB na osobę, ale także do odczuć mieszkańców danego kraju. Stąd pytania o bezpieczeństwo, poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego, poziom przestrzegania praw człowieka, a także jakość rządzenia, kapitał społeczny czy łatwość wykonywania działalności gospodarczej.

W najnowszej edycji rankingu Polska znalazła się na 29 miejscu, awansując z 31 miejsca. W 2013 r. byliśmy w rankingu na miejscu 34. Z drugiej strony nie jest to spektakularny wzrost - w pierwszej edycji (2009 r) Polska zajmowała 28 pozycję.

Polacy swoją pozycję zawdzięczają względnie wysokiej pozycji w kategorii „bezpieczeństwo”, jesteśmy w niej sklasyfikowania na 26 pozycji. Innym czynnikiem, który nas „niesie w górę” jest sytuacja ekonomiczna kraju. Jeszcze w 2012 r. byliśmy w tej kategorii na 52. pozycji, a obecnie na 34. Nieźle noty zbieramy za poziom przestrzegania praw człowieka (29. miejsce, skok z 58. miejsca).

Tradycyjnie już słabym punktem polskiej rzeczywistości jest jakość rządzenia, w tym jakość prawa. Zajmujemy tu 39 miejsce i jest to najniższa pozycja naszego kraju spośród wszystkich kategorii. Ironizując można napisać, że tradycyjnie zawodzi biurokracja, która nie nadąża za zmianami.

System punktowania w tym rankingu urealnia jakość życia w poszczególnych krajach. na 30.miejscu, tuż za Polską znajdują się Zjednoczone Emiraty Arabskie. Pod względem jakości gospodarki kraj ten jest bardzo wysoko - 21. miejsce. Wysoko oceniono w nim perspektywy firm i jakość rządzenia (28. miejsce w obu kategoriach). Jednak ZEA znalazły się w rankingu za Polską, gdyż zajmują dopiero 65. miejsce w zakresie przestrzegania praw człowieka.

W przypadku przestrzegania praw człowieka czołówka rankingu to Kanada, Nowa Zelandia, Norwegia. W kategorii bezpieczeństwo: Hong Kong, Islandia, Finlandia. Liderem rankingów wykonywania władzy jest Szwajcaria, Nowa Zelandia i Dania.

Spośród największych gospodarek świata USA są na 11. pozycji w łącznej kategorii dobrostanu, Niemcy są na miejscu 14., Chiny na 52. pozycji a Rosja na 58.

 

Cały ranking jest dostępny w internecie - http://prosperity.com/interactive-ranking.html#!/

czwartek, 12 listopada 2015
Urząd przeprasza przedsiębiorcę

Na stronie Urzędu Zamówień Publicznych pojawiły się przeprosiny dla przedsiębiorcy. Ładny przykład działania prawa w naszym kraju.
przeprosiny

Problem jednak nie w wykonaniu wyroku sądowego, choć dobrze się dzieje, gdy urzędy bezwarunkowo wyroki respektują. W tym przypadku ciekawszy może być inny watek, a mianowicie stanowienia prawa.
Legnicka firma trafiła na czarną listę na skutek absurdalnych przepisów, które zakładały, że wykonawca robót/zleceń uzyskanych w przetargu, nie ma prawa do błędu i polemiki ze zleceniodawcą. Spór o tryb rozwiązania umowy ze skarbówką (firma świadczyła usługi ochrony w US), doprowadził do procesu sądowego i automatycznego niemal (z mocy prawa) uznania firmy za nierzetelną. UZP wpisał ją na czarną listę z powodu głupiego, złego prawa. 
Dziś przeprasza Prezes Urzędu. A przepraszać powinni posłowie, senatorowie, "eksperci", którzy takie przepisy wysmalili. Niestety, tego nie zrobią. Zapewne nie wiedzą, jakie prawo przegłosowali. Każdy głosujący za istnieniem czarnej listy będzie się bronił, że nie tak to miało działać, że plan był dobry. Niestety, plan dobry nie był, Panie i Panowie Posłowie. I cała ta sprawa to Wasza wina.
Na szczęście w październiku 2014 r. przepisy o "czarnej liście" przestały obowiązywać. Prezesa UZP, przed przeprosinami to nie uchroniło. Może uchroni przed napiętnowaniem przedsiębiorców. Pytanie czy uchroni Skarb Państwa przed odszkodowaniem. Zainteresowani twierdzą, że będą się domagać poważnych kwot, za utracone okazje biznesowe, za nieprzedłużone zlecenia. I znowu - nie posłowie za te błędy zapłacą. Szkoda, bo za posłów zapłaci UZP, Skarb Państwa, podatnicy.

czwartek, 08 stycznia 2015
Sukces na miarę nowych wyzwań. Rtęciowa kontrabanda

Z jednej strony nieco mi niezręcznie kwestionować sukcesy. Z drugiej coraz ważniejsze jest pytanie - co jest sukcesem, a kiedy przy tym słowie zastosować cudzysłów. A do takich myśli natchnęli mnie celnicy z Przemyśla.Zrzut ze strony celników z Przemyśla.

Żeby uczynić zadość prawu autorskiemu - to zrzut strony www celników z Przemyśla. A tam informacja o "sukcesie".

No więc, sukces polega na tym, że wykryto przemyt termometrów z rtęcią. Od 2009 r. wiadomo, a powiedzieli nam to unijny urzędnicy, że rtęć w termometrze stanowi śmiertelne niemal zagrożenie. Wprawdzie w tym samym czasie, ta sama Unia (którą zresztą uwielbiam) nakazała nam używać żarówki z rtęcią, ale to zostawmy na inny wpis. Z termometrami i rtęcią mam jeszcze jedno skojarzenie. Przez całe życie używałem takich termometrów. Nie biły się, widziałem że trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie, nie słyszałem o szokującym działaniu tej substancji na współobywateli. Może za mało wiedziałem.
Ale przyznaję bez bicia - czuję zażenowanie, gdy czytam poważnie zredagowane "newsy" o przemycie rtęciowych termometrów. O zaangażowaniu celników, inspekcji sanitarnej, o groźbie kary pozbawienia wolności. Przemytniczka 300 termometrów stała się przedmiotem zainteresowania solidnego kawałka polskiej administracji. Nie chcę trywializować tej sprawy, nie podważam polskiego, ani unijnego porządku prawnego, a jednak przemytniczka z trzema setkami termometrów i traktowanie jej z całą powagą przez różne administracje wydaje mi się przerostem formy nad treścią. Czy na tym ma skupiać się administracja?
W zasadzie czyta się ten komunikat, jak kronikę policyjną z gazety wydawanej w PRL. Tam w roli "czarnego charakteru" występował cinkciarz, albo spekulant. Dziś prowadzenie kantoru to normalne zajęcie biznesowe, a udana spekulacja to powód do dumy, a nie obecności w kronice kryminalnej. Zmieniają się czasy, zmieniają bohaterowie i czarne charaktery.
Dlatego celnikom życzę kolejnych sukcesów, choć niekoniecznie w tak banalnej sprawie. I nikt mi nie wmówi, że rtęciowy termometr to straszne zło. Do rzeczywistości warto trzymac dystans...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8